poniedziałek, 1 października 2012

2.112



Porozmawiajmy o praniu.

Wiadomo, raz na kwartał mam imperatyw pisania o praniu, bo mistyka tej czynności mnie zniewala, mistyka i fizjologia, metodologia sortowania na kolorowe i białe, propedeutyka wiedzy o detergentach, metodyka zmiękczacza. Miewam też często wrażenie, że nie odstępuję na krok od pralki, że pokrętło „bawełna, pranie wstępne, syntetyki, odpompowywanie” jest przedłużeniem moich ramion, że wszystko co się dzieje poza sferą „segregowanie-pranie właściwe-rozwieszanie” jest bez znaczenia i miałkie.
Dwanaście prań w tygodniu musi zostawiać tu i ówdzie szramy.


Dobra. Przesadzam.

Fakty są takie, że spośród wszystkich działań gospodarskich naprawdę preferuję pranie. Lubię dyskretny szmer silnika pralki w tle, pomruk wirnika mnie pobudza intelektualnie. Lubię też, że za cenę mojego minimalnego wysiłku, wysiłku doprawdy żadnego w porównaniu ze skalą rezultatu pralka mi kiełzna chaos. Było brudne – jest idealne.
Pralka miele, ja czytam.
„Pudelka”, ofertę wydawniczą „Czarnej Owcy”, etykietę płynu do prania jedwabiu.

Czytam o mojej imienniczce, której feministki zanieczyściły wannę osadem i która się ugania z białą rękawiczką po wynajętym obejściu i własnoręcznie usuwa nalot.

Czytam z rosnącym przerażeniem „Mistykę kobiecości” i mam cykle przemyśleń przy cyklu wirowania.

Upgradowana botoksem pani udaje, że jej religią jest dbałość o perfekcyjny stan obejścia, Betty Friedan pisze o tym, co się stało sześćdziesiąt lat temu za oceanem z tymi, które podobnym konceptom dały wiarę.

Cudna pani od wiązania w kokardki jest groteskowa, jest komercyjnym wytworem pewnej stacji, ale im bardziej wchodzę w lęki i frustracje amerykańskich pań domu z epoki „Mad Men’a”, tym mniej mi zabawnie na punkcie kultu odkurzacza.

Otóż kobiecy „problem, który nie ma nazwy” z opasłego tomiszcza Friedan to udręka, narastająca psychoza wywołana ugrzęźnięciem w łańcuchach powtarzalnych działań, w notorycznych czynnościach o nietrwałych rezultatach. Śniadanie – odwieźć dzieci do szkoły – obiad – pranie. Żadnych celów, żadnych ambicji, żadnej kreacji. W efekcie sprzączka-praczka-kucharka aka dobrze sytuowana pani domu z amerykańskiej
middle class zadaje sobie pytanie o to, gdzie jest. Gdzie jest. Czy jeszcze jest. Same tragiczne pytania. Jest też pytanie o to, czy pytająca w istocie nie zniknęła, nie uległa atrofii do rozmiarów swojego ciała między pralką, kuchenką a szkolnym zebraniem.

Cóż, znam to.
Zanikam raz po raz, gnając z szaleństwem w oku między spożywczym, szkołą a pediatrą.
Czasami się gubię w mitycznych sortowniach prania (bo prania nigdy nie ubywa, ha!). I sporadycznie wpadam w czarną otchłań dziecięcych kalendarzy. Wpadam i się wygrzebuję na światło, bo nikt z ludzi, którzy mnie ukształtowali mi nie sprzedawał bajek o kobiecym powołaniu.
Nikt mi nie wmawiał kultu płynu do mycia naczyń.
Nikt nie sugerował, że prawdziwe spełnienie mnie czeka nad skwierczącym sagankiem.


W tym kontekście trend à la Kuchta Idealna jawi mi się równie groźny dla dusz i ciał, jak – no właśnie – jak co? jak faszyzm? jak satanizm? jak słuchanie Pewnego Radia?


25 komentarzy:

  1. łaa fajnie napisane :) mam podobnie jeśli chodzi o pojmowanie kobiecej natury. jest w okolicy słynna pani, której wydaje się, że wie wszystko i która niezmiernie oburza się widząc jak bardzo nie przystaję do kanonów pani domu. Pech chciał, że jest przyjaciółka mamy. Mam czasem radochę patrząc na jej zniesmaczenie i zdziwienie, że jakoś sobie radzę i jestem szczęśliwa będąc tak inną od jej wyobrażenia o właściwym funkcjonowaniu kobiety.

    Rozpisałam się, nie do końca na temat.

    O późnych porach mam tendencję do słowotoku. Wybacz jeśli Cię rozdrażnił.

    Pozdrawiam,
    Ł. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. => Łucja: to mnie cieszy, a nie rozdrażnia :))))))))))))))

      Usuń
  2. jak ucałowanie dzieciaczka z mononukleozą?

    w domu mojej babci A. mężczyzna był zaraz po Bogu i księdzu i w tym duchu wyrastał mój tata; w domu mojej babci J. dziadek gotował, prasował, robił zakupy ... i kiedy pewnego dnia, babcia A. przyszła z wizytą do nas i zobaczyła mojego tatę mieszającego w garnkach, a mamę skuloną w fotelu, czytającą książkę, to prawie zawału dostała .... długie lata fukała w stronę mojej mamy :o)

    OdpowiedzUsuń
  3. Upgradowana botoksem (heh, boskie) to robi dla kasy. Coraz chudsza jest, pewnie gdy kontrakt sie skoñczy popadnie w depresję i odszczeka wszystko. Wtedy zacznie robić w innym programie od idealnego leczenia.

    skwiercząca Saganka, ha
    od czego u Ciebie skwierczy saganek?

    OdpowiedzUsuń
  4. boję się tej pani od nieruchomej twarzy. ostatnio nie mam czasu na składanie drucików, walenie młotkiem i walkę z materią srebrną. jestem mamą, kierowniczką wycieczki, naczelnym organizatorem, pomocnicą trenera, pseudopaniądomu. jestem zła. zmęczona. smutna. a może powinnam w tym odnaleźć zen, albo DROGĘ?
    pranie. zupełnie niedawno na fb wrzuciłam obrazki z prania na Bałkanach. takie gacie, koszulki suszące się pozaokiennie i w słońcu są podejrzanie optymistyczne. imo nie służą praniu jako takiemu, tylko dekoracji. albo robią kontrasty.
    jedyne pranie, które robię z przyjemnością to pranie (i wybielanie) karateg. ot zboczenie. ale prasuję tylko te na zawody (żeby nie było).
    moją wannę brudzą kocie łapki. mam trzy kocice i jednego byłego kocura. może te trzy kocice to kocie feministki?

    OdpowiedzUsuń
  5. Zimno, mam tylko jedno pytanie- czy Twoj maz sprzata, gotuje, pierze, odwozi dzieci do szkoly, ubiera je, robi zakupy? szukasz ciagle na zewnatrz tego czego nie potrafisz dostrzec w sobie:) perfekcyjna pani domu drazni Cie bo przegladasz sie w niej jak w lustrze i widzisz swoja karykature- roznisz sie od niej tym, ze nie jestes upgradowana botoksem i czytasz betty friedan- poza tym nie widze roznic

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uuu, zimno, mamy na sali diagnostę. ;)

      Usuń
    2. Również jak Anonimowy mam wrażenie, że częste zajmowanie swoich myśli kimś, kogo nie traktujemy poważnie, a wręcz z ironią, sugeruje jednak pewne zainteresowanie tą postacią, jakąś jej ważność.

      A mówiąc już o tej pani z telewizji, której robiona jest tu reklama. Czy jeśli zimno robi to samo, co ona, chociaż myśli inaczej, oznacza, że jest kimś innym/lepszym?

      vauKi

      Usuń
  6. Bardzo ładnie napisane, Twoje zdania przyjemnie się czyta, nie tylko ze względu na sens :)
    Zastanawiam się, czemu nie czuję się zniknięta i ugrzęźnięta, mimo, że jestem niepracującą zawodowo mamą. Może dlatego, że saganki i pralka nie są dla mnie (ani na szczęście dla nikogo w bezpośrednim otoczeniu) miarą mojej wartości? A może dlatego, że mam swoją twórczą odskocznię, gdzie efekty (lepsze lub gorsze) są w miarę trwałe? Ciekawe, czy bez tworzenia czułabym się ugrzęźnięta?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wiesz, myślę, że tak, że sedno jest w tym, że trzeba robić coś, co nie znika, a przynajmniej nie natychmiast. Mam tak samo jak Ty i kiedy przestaję robić coś poza - też czuję, że znikam...

      Usuń
  7. Hej Zimno, to Zoria. Przybyłam na blogspot, chociaż stary blog (ach, jaki stary!) miał urzekający - hehe - kolor i jakoś się przywiązałam do niego. Chciałam pochwalić się przed Tobą. Mam pracę! I - uwaga - o moim zatrudnieniu przesądził fakt posiadania dwójki dzieci (nie trójka to, ale i nie jedno). Chyba zgłoszę szefostwo do jakiegoś konkursu :) Zaznaczam też, że nie pracuję w żłobku ani przedszkolu itp., ale w Bardzo Poważnym Miejscu Związanym z Biznesami i Innymi Interesami :)

    OdpowiedzUsuń
  8. ekh Zimno, dobrze napisane!!! Pani botoksowa z białą rękawiczką mnie rozśmiesza i przeraża jednocześnie. Wychodzę z założenia, że pranie tak, sprzątanie zaś owszem ale bez spinki ;-)
    Zawsze uważałam, ze takie zbytnie angażowanie się to pułapka))poza tym jestem kobietą bez ambicji, bycia perfekcyjną panią domu o buchachacha.
    Pozdrawiam serdecznie i ciepło, bo zimno coraz bardziej odczuwalnie.

    teatralna

    OdpowiedzUsuń
  9. A mnie jak ponowny katar wraca czasem chęć sprostania perfekcyjnej pani domu. Odchorowuję, przechodzę rekonwalescencję i od nowa. Ale ta mistyka kobiecości, o której napisałaś zainteresowała mnie bardzo. Kupiłam, czytam i chyba się uodpornię na te ciągłe męczące katary. Trafiło w odpowiedni moment mojego wewnętrznego procesu dojrzewania (?) :) Dziękuję Ci.
    E.

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie wiem, czy będzie to dla Zimna jakieś pocieszenie, ale faceci też miewają takie chwile.
    Znany jest przypadek pewnego carskiego oficera który na placówce, hen gdzieś na granicy z Chinami palnął sobie w skroń ze służbowego rewolweru. W liście pożegnalnym napisał, że to codzienne ubieranie się i rozbieranie do snu jest tak dla niego męczące, że postanowił z tym skończyć. Aż strach pomyśleć co by się stało gdyby miał pralkę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest w tym sedno.
      Albo człowiek zaakceptuje, że ubierać i rozbierać się/prać/myć/sprzątać czasem trzeba, albo sobie strzeli w łeb/napisze o tym na blogu.

      Usuń
  11. Ja nie lubię prania, czemu ostatnio dałam wyraz. Dwunastu prań w tygodniu może nie mam, ale dziesięć na pewno. Kiedy pralka szumi szu-szu, owszem jest miło, ale to co następuje potem, a co jest integralną częścią Prania-Jako-Czynności-Gospodarskiej, mnie dobija.
    Szczęśliwie, mi też nikt niczego nie wmawiał, ale może jakby tak było, byłoby mi lżej, bo traktowałabym to jako oczywistą oczywistość?
    Pani perfekcyjna mnie przeraża; przeraża mnie też to, że podobno ten program tak świetnie się ogląda; właśnie w kontekście owego, istniejącego być może trendu. Choć może to takie życie jest życiem szczęśliwym? Ach, życie w którym jedynym problemem jest niewyprane pranie i niedoczyszczona szczoteczką fuga, jawi mi się jako rajskie i sielankowe! Może to takie zaklinanie rzeczywistości, a może ja zostałam w tyle, w jakimś innym, gorszym życiu!

    OdpowiedzUsuń
  12. "Pralka miele, ja czytam" - świetne hasło na kampanię książkową dla młodych mam. Pozdrawiam, będę czytać :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Za to hasło firma Miele powinna zafundować Zimnu pralko-suszarko-prasowalnicę o napędzie atomowym, sterowaną telepatycznie, której nawet 15 prań tygodniowo nie straszne ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Ojtam, nie wierzę, że zanikasz. Nawet zerknięcie na Twojego bloga czy napisanie krótkiego komentarza jest taką chwilą tylko-dla-siebie, przerwą w codzienności, a co dopiero napisanie notki - nawet jeśli masz lekkie pióro. Ja nie piszę bloga, ale czasami piszę dla siebie, a ponadto regularnie opisuję rzeczywistość w mailach do pewnej bratniej duszy. Nawet jeśli nie mam czasu, żeby napisać, to myślę - o czym następny mail będzie (a Ty tak nie masz, przy sortowaniu prania?). I bardzo sobie cenię tę odskocznię, refleksję, chwile wyrwane pracy/dzieciom/praniu etc.
    Bardzo ładne zdjęcia. Pranie jest fotogeniczne.

    OdpowiedzUsuń
  15. ...zwłaszcza, że ta dobrze sytuowana amerykańska pani domu ma z reguły wyższe wykształcenie, no i suszarkę obok pralki do kompletu...
    Dyskutowanie o tym czy lepiej jest poświęcić 100% czasu rodzinie, czy próbować pogodzić pracę z domem można prowadzić w nieskończoność. To tak trochę jak dyskusja o błogosławieństwach/przekleństwach internetu czy częstego podróżowania.
    A ja za Google powtarzam: "The web is what YOU make of it." I dalej: "the life/trip is what YOU make of it"...
    Dla mnie osobiście godzenie życia rodzinnego i zawodowego pozwala zachować zdrowy dystans do jednego i do drugiego. I realizować się na obydwu płaszczyznach. Taka sytuacja "wymusza" również bardziej symetryczne rozłożenie obowiązków domomych na żonę i męża. I to mi odpowiada. Co oczywiście nie oznacza że jest lekko :)

    OdpowiedzUsuń
  16. "W tym kontekście trend à la Kuchta Idealna jawi mi się równie groźny dla dusz i ciał, jak – no właśnie – jak co?" - pyta Zimno. Jak sanitaryzm! - odpowiadam.
    Czyżby "mistyka kobiecości" dotykała kobiety pracujące również poza domem? A może dotyka też mężczyzn pracujących w domu? (skoro nawet carskich oficerów) Mnie klepie właśnie po ramieniu - eeej, rusz się kobieto, nastawże jakieś pranie może... Nie wstanę, niech mnie kopnie w d...

    OdpowiedzUsuń
  17. No cóż zgadzam się z Tobą . Takie spojrzenie na codzienność dowodzi , że sa sprawy, których spod znaku ścierki nie widać.

    OdpowiedzUsuń
  18. pranie to mój zdecydowany faworyt czynności domowych, sprzątać nienawidżę, zmywanie, nawet zmywarką mnie frustruje, prać lubię, też chyba działa magia "było brudne - jest czyste"

    "narastająca psychoza wywołana ugrzęźnięciem w łańcuchach powtarzalnych działań, w notorycznych czynnościach o nietrwałych rezultatach"- a to odczucie znam doskonale z pracy zawodowej, chociaż rezultaty może bardziej trwałe, ale poczucie notorycznego okłamywania klientów, na wyraźne polecenie szefa, poczucie robienia rzeczy z natury nieistotnych, marnotrawienie czasu to są doznania uwierające hmm nie wiem sumienie
    i szczerze mówiąc nawet leżąc w ciąży [poprzedniej i teraz w drugiej] nie mam takiego poczucia przepuszczania czasu, jak siedząc za biurkiem w firmie
    kroki by "zmienić szefa" zostały podjęte
    arvata

    OdpowiedzUsuń
  19. Zepsucie się pralki uśwadomiło mi ostatnio jak wiele spokoju i ukojenia urządzenie to wprowadza w moją codzienność. Tydzień bez pralki pomógł rozpoznać prawdziwych przyjaciół :)

    OdpowiedzUsuń