środa, 10 października 2012

2.116

Mamy tu pewien złożony problem z zakresu edukacji w szkole podstawowej.
Jako rodzice starej daty,
par excellence dwudziestowieczni i w ogóle, z czasów analogowych prześladujemy nasze dzieci sterczeniem im nad głową w czasie odrabiania zadań domowych.
Ale w liniach! w liniach to pisz! Skup się, proszę cię się skup! Ile? Ile to jest? No ile? No ale pomyśl!
Szykany i wredność. I przepisywanie na czysto, kiedy robota jest naprawdę byle jak zrobiona.
Ojciec dzieciom obstawia nauki ścisłe, ja – literaturę.

Do tej pory Nowy Człowiek twierdził, że ma najgorzej z całej klasy [konfrontacja z rodzicami innych nielatów nie potwierdziła jego wersji, za to certyfikowała moją, ale to nie zmieniło ani na jotę subiektywnej percepcji poszkodowanego], a wczoraj poszedł krok dalej.
Wyrwał zeszyt z zadaniem z tornistra, niczym wstydliwie ropiejący ząb, wcisnął go za pazuchę i ruszył biegiem do swojego pokoju, bezsprzecznie unikając włączania któregokolwiek z rodzicieli w proces „odrabiam zadanie domowe”.
- Hola! – upomniałam go przemocowo.
- Pani powiedziała, że mamy się sprawdzić! – rzucił przez ramię Nowy Człowiek. A później dodał z wyrzutem: - Ja się nic nie nauczę, jak mi będziecie w kółko poprawiać!

Mam wrażenie, że w pewnej mierze się nie myli.
W ogóle, przeczuwam, że racja może być po jego stronie.
Czas poddać renegocjacjom pakt o rodzicielskim nadzorze?
Albo chociaż ograniczyć jego zakres?
Hm.
Jestem? Nie jestem? Jestem na to gotowa?


˚˚˚

Tymczasem Erna wróciła z nowych zajęć dodatkowych. Prowadzący nazywa się, jak z prozy Małgorzaty Musierowicz i prawdopodobnie jest – w istocie – jak z owej prozy. Erna wraca więc z maślanym okiem.
- Jak było? – pytam.
- Trochę mi zęby zmarzły, - zaczyna Erna. – i trochę grzegotały, bo to pierwszy raz …
A później nagle urywa.
- Nie, ja nie chcę o tym rozmawiać! – mówi.
Ona też ma już swoje "prywatne/nie wchodzić"?



32 komentarze:

  1. chyba czas powoli pozwalać na samodzielność, na błędy.. potem mniej będzie bolało. pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. => ostrestarcie: acz są błędy i błendy :)
      i jak tu na te drugie pozwalać?

      Usuń
  2. Na pocieszenie pierożek Silny, jeszcze przez kilka lat, przez lat kilka parę...
    ech....

    OdpowiedzUsuń
  3. "Prowadzący nazywa się, jak" LOL. Interpunkcji to dzieciom raczej nie poprawiaj. On nazywa się, jak też nazywa się. Na ogół jak nazywa się jak.

    OdpowiedzUsuń
  4. Sama nie wiem, niby samodzielność, niby mają wszystko pod kontrolą, ale jak się od małego nauczą, że byle jak nie można to już im chyba zostanie. Chyba...Starszy składa właśnie podania na studia, a że pierwsze ma być gotowe na 15 pażdziernika a on ciągle w tak zwanym lesie - podarłam się dzisiaj ciuteczkę bo mi nerwy puściły ;) W sumie jego studia, nie moje, ale jak tak sobie pomyślę, że lata ciężkiej pracy może zmarnować tuż przed metą to mnie szlag trafia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. => Ania: o to mi chodzi! żeby przyzwyczaić, że nie można na odwal się. tzn. można, ale to strategia nie za bardzo.

      Usuń
  5. Po moich doświadczeniach z nielatami, jednak stawiałabym na samodzielność. Zawsze można pomóc i poprawić. Spytać - czy potrzebują wsparcia. Jeśli nie - płyń Młode, płyń. Jest jeszcze duuużo czasu na korektę :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ależ oczywiście, że racja jest po stronie Nowego Człowieka. Trzeba odpuścić a to pewnie trudne. Ja stosuję metodę luzu i dobrze mi z tym, tyle, że my dopiero debiutujemy w szkole ;) więc przy szlaczkach jest może łatwiej odpuszczać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. => libra: o nie! ja przy szlaczkach byłam koszmarna!

      Usuń
  7. Choć moi rodziciele nigdy nie sprawdzali zadań szkolnych (te porównywałam gorączkowo na przerwach z koleżankami z klasy), to dbali o rozrywki dodatkowe: czytanie na głos, sprawdzanie pod lupa kątów prostych w kreślonych literach, przeliczanie kilometrów na milimetry. Jedynym narzędziem postępów szkolnych były oceny. Te gorsze kazali poprawiać i już mi zostawiali sposób. Zatem: nikt mnie nigdy bezposrednio-nag-głową-wisząc nie pilnował, am wyrosła na porządnego człowieka niemal z doktoratem. Tylko pytanie, czy jak się przyzwyczają do tej wyroczni nad głową, to czy potrafią bez niej? Może powoli te cugle, powoli?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. => bebeluszek: a nade mną rodziciele stali i też wyrosłam :)
      więc na razie jednak trochę stawiam na stanie.

      Usuń
  8. U nas było tak: pani w klasach I-III już w połowie pierwszego roku mówiła - dzieci same, państwo tylko sprawdzacie, a nowa wychowawczyni w klasie 6 (mająca głównie doświadczenie w pracy z gimnazjalistami) zawyrokowała - dzieci nie można pozostawiać samym sobie, proszę sprawdzać, nadzorować lekcje (można nawet dostawać powiadomienia smsem, że dziecko nie dotarło do szkoły). Zdębiałam. Jakiś balans próbuję namierzyć, jakąś indywidualność uchwycić. Coś pomiędzy naiwną głupotą a nadzorczością cerberską, i wychodzi mi niekonsekwencja rodzicielska;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. => monika: ... czyli zwykła choroba wieku rodzicielskiego.
      balansowanie.

      Usuń
  9. Do tekstu " A ja mam najgorzej z całej klasy" radzę się przyzwyczaić. Zaczyna się od kontroli zadań domowych, wiedzie przez brak zgody na samodzielny wyjazd z kumplami na Woodstock pod namiot a kończy stwierdzeniem, że wszystkie koleżanki na roku są już mężatkami. Co ja gadam - to nie kończy się nigdy - funkcjonuje przecież tekst "A Malinowska to ma: ( męża, życie, pracę, samochód, futro, wczasy) * - niepotrzebne skreślić, a ja ..."

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zieloność trawy po drugiej stronie płotu osłabia;)

      Usuń
    2. => Maryjan: ooo, przepraszam, są sąsiedzi, u których trawa jest znacznie bardziej wydeptana i przerośnięta mchem tudzież chwastem, niż po moimi oknami!

      Usuń
  10. Dynita juz teraz mowa ciala daje do zrozumienia, ze ma najgorzej z calej klasy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. => Kaczka: KAŻESZ JEJ UZUPEŁNIAĆ SZLACZKI????

      Usuń
    2. A skad.
      Nie daje jej na obiad czipsow i smutnych kanapek z czedarem. Totez ona rabie dewolaja na czerwonym winie z kartoflami dauphinoise plus szparagi, a reszta ochronki podejrzliwie spoziera jej w talerz.
      Lada dzien zazada czipsow i kanapek.
      Nie mam zludzen.
      :-)

      Usuń
  11. po wielu latach życia, wielu kontaktach z młodymi, w większości przyszywanymi więc nie podlegającymi rygorom, nabrałem przekonania graniczącego z pewnością, że jednak samodzielność jest najwłaściwszym rozwiązaniem. My powinniśmy być na podorędziu, cokolwiek to podorędzie znaczy. No i chyba rzecz najważniejsza, również oparta na doświadczeniu, dzieci to takie dranie które najbardziej uczą się przez naśladowanie. Nic tak nie uczy porządku rodzica jak usłyszenie "a Ty też nie robisz wszystkiego starannie"
    Jak w starej anegdocie :Tatuś sztorcuje dziecię w autobusie za nieporządek w łazience, niezakręcona pastę i takie tam, na co dziecię "a mama ciągle Ci mówi żebyś nie sikał do umywalki".... wysiedli na najbliższym przystanku :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. => Adam: sęk w tym, że to niekoniecznie zawsze się przekłada na progeniturę, że mamcia porządnicko ma wszystko popodkreślane kolorowym pisaczkiem :)

      Usuń
    2. to wiem, ale w drugą stronę działa bez najmniejszego problemu :-)

      Usuń
  12. to, czego przede wszystkim powinniśmy nauczyć nasze dzieci, to JAK się uczyć. czyli - ekonomii uczenia się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. => Księżna: w trzeciej klasie podstawówki?

      Usuń
    2. najlepiej zacząć w zerówce. wtedy w trzeciej powinno być już z górki.
      :)

      Usuń
  13. Hmm... Jestem właśnie po przetestowaniu obu skrajności: stanie nad głową i odrabianie lekcji przy stałym nadzorze rodzica, sprawdzanie każdego zeszytu: "wyprostuj się, większe te litery, zetrzyj i napisz jeszcze raz, jak to wygląda, a matematyka zrobiona?" (klasy 1-3) oraz prawie całkowita samodzielność (4 klasa), zeszyty przeglądane przy podpisywaniu oceny wystawionej przez Panią, w zasadzie do pełnego sprawdzenia dostawałam tylko prace pisemne z polskiego (Młoda dużo i dobrze pisze), bo "nie wypada oddać z błędem, Mamoo!".
    I właśnie wczoraj zgroza postawiła mi włosy na karku, gdy Młoda postanowiła odrobić lekcje w towarzystwie i przyniosła wszystko do dużego pokoju. I gdy wzięłam do ręki (przy wielkim i głośnym sprzeciwie "Nie mam dwóch lat!!" oraz próbie szantażu) ćwiczenia z matematyki...
    Ilość niedoróbek, niedoliczonych do końca przykładów, głupiutkich błędów na samym początku, które w efekcie gwarantują zły wynik - przerosła moje najgorsze wyobrażenia. A później sięgnęłam po ćwiczenia z polskiego...

    W przypadku Młodej to kwestia tempa - byle szybciej zrobić te "takie proooste i nuuuudne rzeczy" i iść wreszcie czytać, rysować, grać, pisać itd.
    Ile pokrzyczałam, to moje. Wczoraj okazałam się klasyczną, wredną matką: "Inne dzieci tak nie mają! Jesteś najgorsza w całej klasie! Tylko Ty każesz zawsze sprawdzać w słowniku, zamiast mi po prostu powiedzieć! W ogóle nie będę przynosiła książek do domu!".
    Dziś już mi złość na niedbałość Młodej przeszła, teraz czas na sensowne rozwiązania.

    Na razie wprowadzam podwójną weryfikację poprawności - przez jakiś czas WSZYSTKO, każda praca, ćwiczenie, zadanie, opis - będzie sprawdzane najpierw przez samą Młodą, a później przeze mnie. Potrwa to do czasu, gdy prace trafiające do mnie będą bezbłędne lub prawie bezbłędne.
    Nie mam pretensji o pomyłki, zdarzają się każdemu. Za to zależy mi na tym, żeby Córka nauczyła się je na spokojnie wyłapywać. I nabyła nawyk sprawdzania samej siebie, nawet jeśli JEST PEWNA, że wszystko zrobiła poprawnie.
    Uhh.. Zła matka!;)))

    Zimno - trzymam kciuki:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. => Sakurako: trzymajmy za siebie nawzajem! dzięki za Twoją herstorię :))))

      Usuń
  14. Na drzwiach pokoju syna (kl.5) od jakiegoś już czasu wisi: "Do not disturb."

    Jako dziecko dwujęzyczne, chodzi do dwóch szkół i wiadomo - przeważa język i szkoła, które wypełniają Pon-Pią. Od dwóch lat odrabia lekcje całkiem samodzielnie. Sporadycznie pyta o pomoc/wyjaśnienie. Z sobotnią szkołą jest trudniej więc siadamy razem - chcę mu pomóc.

    Myślę, że trzeba po prostu być elastycznym rodzicem. Dostosować się do dziecka, jego poziomu, predyspozycji, talentów lub ich braku i ogólnej sytuacji: bo każde jest inne. Staram się pamiętać, że kiedyś będzie musiał sam to wszystko ogarnąć.
    Ale wypuszczanie z gniazda, spod pewnych skrzydeł jest trudne. Takie balansowanie na linie niepewności czy to już czas, czy nie zrobi sobie krzywdy, czy sobie naprawdę poradzi...

    Ale tak wogóle to jest naprawdę fascynujące - uczestniczyć w tym kształtowaniu się człowieka. Uwielbiam to :) Naprawdę jestem przeszczęśliwa że jest mi dane być mamą.


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. => aga.ta: tak. robienie się człowieka jest fantastyczne. niewiarygodny proces, najczęściej mnie przerastający, zawsze się w nim czuję w niedoczasie i z nieodrobionymi lekcjami.

      Usuń
  15. cóż... dorastają szybciej, niż my jesteśmy na to gotowi :))) no może gotowe....

    OdpowiedzUsuń