poniedziałek, 30 maja 2011

1.992

Erna Zadaje Pytania.- Mama …
- Tak?
- Mama, a ci, co nie wierzą w Boga nie mają też aniołków?
- Nie.

Erna się zasmuca tak nagle, jakby znienacka zgasło wewnątrz niej światło, pogrąża się - w sekundę - w otchłani.
Aniołki są fajne. Przecież! Pulchne i skrzydlate.
-
Mama …
- Tak?
- Mama, a kto był w dawnych czasach Bogiem?
I wiem, że pyta mnie o Boga z wielkiej, wielkie B słychać w intonacji, nie chodzi jej o nikogo z mitologii Rzymian, o żadnego Swaroga, Odyna, ani o Ra.
Pyta o to, kto był Bogiem przed Bogiem i chce odpowiedzi na pytanie, jednoznacznej. Nie takiej, że jest wiele potencjalnych hipotez, że to terytorium nie wiedzy a wiary, że ja się osobiście przychylam do niektórych poglądów, są wszakże tacy, którzy uważają inaczej.
Erna nie chce ode mnie przeintelektualizowanego bla-bla.
Żąda – nadal i jeszcze pewnie przez parę lat – żebym jej zdefiniowała i opisała świat, żebym czytelnie nazwała: to jest dom, to jest brat, to Bóg, tak jest dobrze, tak jest źle, tak się postępuje a tak nie. Amen. Czarne i białe.
Zaraz się oczywiście przeciwko temu zbuntuje i wyewoluuje w Ernę-Kontestację, ale na razie gromadzi dane. Więc muszę mieć klarowne opinie w wielu drażliwych sprawach. Na wszystkich bogów Olimpu, to wcale nie takie łatwe.




- Mama, a ile filmów od osiemnastu lat widziałaś? – pyta Nowy Człowiek.
Ten tego.
-
Eee …
- Nooo, od kiedy nas masz?
- A, od kiedy was mam. Może z dwa.
Góra trzy.
Ekwilibrystka zbornych odpowiedzi na niemożliwe i niewykonalne.




Tymczasem – w maju i w czerwcu nielaty prowadzą oraz zamierzają prowadzić [przez sam fakt udziału w placówkach edukacji] intensywne życie społeczne, moja telefoniczna agenda jest naszpikowana terminami. W weekend mieliśmy zamiejscowy statek piratów i – jakże niepolityczne - kibicowanie:
-
Ko-le-jorz!
- Mama,
- mówi Erna. –
a tam był taki pan, który mówił głośniej klaszczcie.
- Niemądrze, prawda?
– wtrąca się Nowy Człowiek.
- Bardzo.
Ogólne wrażenie estetyczne nieletnich nie-fanów jest takie, że w telewizji mecz wygląda ciekawiej. Szczególnie pewnie ten z finału mistrzostw świata. Przypadły im natomiast do gustu pozostałe atrakcje stadionu, w tym niebieskie krzesełka, telebimy, reklamy. W kwestii stanu murawy nie naciskałam przesadnie.
Bilans: Ko-le-jorz cztery zero z Koroną Kielce i race w finale.




Za to potyczki pirackie, politycznie idealne, zachwyc
iły całą bandę. Osobliwiej Silnego, bo Silny jest fanatykiem konnej jazdy.









Tutaj dygresja. Słownik Silnego co prawda nadal nie ma objętości Wielkiego Słownika Języka Polskiego (nie jest to nawet Petit Larousse), ale:
- Din maaa aaa ja nie! – rzecze Silny.
I to prawda, dobry kontekst, doskonałe zdanie. Więc powiewamy chorągiewkami, klaszczemy, robimy meksykańską falę.
Że nie wspomnę o wariacjach Silnego na tematy hippiczne:
-
Akoń! JA!
Bo, jak się rzekło, Silny jest inkarnacją huzara. Albo dwudziestojednowieczną wersją dziedzica, ziemianinem, ekonomem, gościem wprost z kart powieści Marii Dąbrowskiej albo Elizy Orzeszkowej, Silny wsiada akoń! i gna.
Tadam, tadam.
Pszeniczne pukle Silnego falują w pędzie, Silny ściąga lejce, łyska białymi zębami, zaciska krzepkie dłonie, wystawia ogorzałą twarz na wiatr [co wrażliwsze włościanki mdleją wtedy albo biegną za Silnym w obłędzie, w piaszczystym tumanie].

Więc, co zrozumiałe, Silny strudzony pirackim występem Erny ściśle obstawiał kolejkę do jazdy konnej a w kolejce do bryczki czynił oczekującym nieznośne awanse:
- Tennn nie! Nieee tuuu! Ja tu! JA!!!
Bo widok końskiego zadu jest mu najdroższym. I anglezowanie.


Zastygam, niespokojna, w oczekiwaniu na „i co było dalej”.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza