wtorek, 21 maja 2013

2.190

Kiedy dumałam na fascynującą metafizyką bańki z mydła, Nowy Człowiek zjeżdżał rowerem z wysokich schodów podjazdu na sąsiednim osiedlu. Taką miał fantazję w młodej duszy, rowerowy parkour go pociąga od drugiego roku życia. W drugim roku życia zjechał plastikowym trójkołowcem ze schodów między parterem a piętrem, w dziesiątym - strzelił salto mortale na betonowym zjeździe spod amfilady sklepów. Palec, nomen omen, z nieba, że nie wylądował na jezdni. Ręka mu co prawda utkwiła w klinczu między kierownicą a poręczą, ale nie bądźmy drobiazgowi. Nie pękła.
Chociaż kiedy wrócił – od babci – z bandażem między nadgarstkiem a łokciem, metaforycznie się osunęłam [cóż, natura dążąc do homeostazy równoważy eteryczno-bańkowe uniesienia].
Tu bańki, tam bania na przedramieniu.
Mrożonka marchewka-z-groszkiem niezawodnie wkroczyła do akcji redukcji opuchlizny, mam dyżurną marchewkę-z-groszkiem na kontuzje, za każdym razem, kiedy z nią startuję z lodówki do urazu nielaty pytają wielkim głosem, gęstym od obrzydzenia:
- A PÓŹNIEJ BĘDZIEMY TO JEDLI???
Nie.
Konkludując – pacjent przeżył.



A żeby zrównoważyć ostatni ciężki blogowy kaliber, dzisiaj coś lżejszego.
Otóż obiecałam Chudej, że kiedy tylko skończę rozdawać na blogu książki, rozpisywać konkursy i podpytywać czytelników o różne intymne aspekty życia, puszczę jej ankietę.
I dzisiaj jest ten dzień.
Tadam. Uwaga.

Chuda - wraz z ekipą - przygotowuje trzecią edycję „Macierzyństwa bez lukru”. Pomysł na najnowszy tom opiera się na konfrontacji macierzyńskiego i ojcowskiego punktu widzenia.
W czym się zasadza różnica między koncepcją mamy a poglądami taty na rodzicielstwo?
O co się rodzice twórczo spierają?
O co się, mówiąc wprost, kłócicie?
O filozofię? O metody? O podejście?
O to, kto ma odbębnić wieczorne mycie nieletnich?
O butelkę/karmienie piersią? O roczny urlop macierzyński? O pobranie przez ojca urlopu ojcowskiego?
O nadmiar troski, o niedobór czułości, o to, czy dawać czy nie dawać klapsów albo dlaczego nie mają sensu karne jeżyki?

Chuda będzie Wam bardzo zobowiązana za publiczne ujawnienie Waszego doświadczenia.

Merci.


12 komentarzy:

  1. Dzień dobry,

    Krótko i szybko: czy nie uważa Pani/czy nie uważasz, że wychowanie dzieci jest w sumie bardzo proste, tylko my rodzice na siłę staramy się znaleźć we wszystkim jak zwykle drugie dno? Im bardziej zaczyna się wszystko analizować, tym więcej mnoży się problemów. Bo okazuje się, że prosta radość bycia z dziećmi, nawet jak nie wszystko wykonane jest na tip-top, przeradza się w jakiś dopust Boży, wręcz obowiązek sprowadzający się do perfekcyjnego analizowania na każdym kroku najdrobniejszych czynności. W rezultacie, te nasze ukochane, umiłowane dzieci jawią się jako potwory, które wysysają z biednych rodziców całą energię.
    Moja kuzynka, nauczycielka nauczania początkowego twierdzi, że ilekroć rodzic przychodzi do niej wyłuszczając problemy dotyczące jego dziecka, że przeważnie z dzieckiem jest ok, to rodzic wymaga opieki, czasem nawet terapii. Szczęśliwie tak się składa, ze dzieci w końcu dorastają, a wraz z nimi znika również większość problemów, które z perspektywy czasu okazują się tylko i wyłącznie czasem, który można było spożytkować zupełnie inaczej, nie nadwyrężając aż tak własnego zdrowia.

    pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kuzynka nauczycielka wychowania początkowego pieprzy głupoty. Ogląda dzieci przez kilka godzin dziennie, najczęściej niezbyt uważnie i nie zdaje sobie sprawy jak jej OK, wygląda kiedy dziecko wraca ze szkoły. Najprościej zbyć sprawę "nadopiekuńczymi rodzicami", którzy wymagają terapii. Typowa polska nauczycielka, która ma na każdy problem dziecka zwis i wini rodziców. Najlepiej wyprzeć, zignorować i zwalić winę na rodziców.
      Wychowanie dzieci byłoby proste gdyby nie miały kontaktu z takimi nauczycielkami wychowania początkowego.

      Usuń
    2. Przede wszystkim to zwróciłaby uwagę, że masz problem z czytaniem ze zrozumieniem, ta nauczycielka. Rodzice, którzy wyolbrzymiają problemy tam, gdzie one nie istnieją są "namierzani" momentalnie, kilkadziesiąt lat doświadczenia, plus dwoje swoich już ponad dwudziestoletnich dzieci, obecnie studentów, a problemy naprawdę są tam, gdzie nikt się dzieckiem nie interesuje i ma go w .... Nadgorliwe mamusie, które tłamszą swoją osobowością, często niedowartościowane, niekochane, porzucone itp. Biedne dziecko ma im zrekompensować wszystkie niedostatki, żeby było dobrze, musi być geniuszem, perfekcjonistą, długo by wymieniać. Żyj i daj żyć swoim dzieciom.

      pozdrawiam:-)

      Usuń
    3. "Przede wszystkim to zwróciłaby uwagę, że masz problem z czytaniem ze zrozumieniem, ta nauczycielka".
      To bardzo ciekawe, w którym momencie "czytanie ze zrozumieniem" stało się obelgą. Kiedyś klasyk pisał "nie mogę z tobą rozmawiać, albowiem jesteś głupi", teraz "kulturalni" piszą: "czytaj ze zrozumieniem". Czytanie ze zrozumieniem byłoby o wiele prostsze, gdyby piszący potrafili używać języka w sposób prosty i komunikatywny, co obejmuje na przykład składnię - "ta nauczycielka".
      Logika wypowiedzi też nie zaszkodzi w pisaniu, tak by można to czytać "ze zrozumieniem". Przykład: "problemy są tam, gdzie nikt się dzieckiem nie interesuje i ma go (dziecko? to chyba je? - "polska języka, trudna języka" - i jak to potem czytać "ze zrozumieniem"?) w ...". Pojawia się pytanie czy "nadgorliwa mamusia" może równocześnie mieć dziecko ("go") w ...? Jakoś trudno być nadgorliwym rodzicem i równocześnie mieć go dziecko w ... (chyba że te ... to np. serce, albo umysł, albo pamięć, ale tego też nie da się wyczytać "ze zrozumieniem").
      To tyle w kwestii pouczania innych, o których ma się tak rozległą, płynącą chyba z objawienia, wiedzę.
      I bardzo proszę przeczytać mnie ze zrozumieniem :)

      Usuń
    4. "Ta nauczycielka" napisane jest z przekąsem. "Go" może oznaczać np. dziecko-chłopca, ale przewrażliwiona mamusia zamiast wyłuskać to co najistotniejsze, co zrobi? Będzie się czepiać szczegółów, synku, to nieważne że dobrze napisałeś kartkówkę z biologii. Karygodne jest to, że nie dostałeś szóstki! Popełniłeś kardynalny błąd opisując zygotę, pomyliłeś ewidentnie rodzaje! Karygodne doprawdy, mamusia teraz musi iść do pani wychowawczyni i powiedzieć, że ty to umiesz, poza tym jakie ty masz braki z języka polskiego. Co oni robią z wami w szkole, muszę iść do polonistki. Mamusia się wykończy zanim ty skończysz tę podstawówkę.

      Usuń
    5. Niezrozumiałe pisanie często idzie w parze z kłopotami z rozumieniem (nie wiem, czy tylko słowa pisanego). Polecam konsultację z kuzynką, "tą nauczycielką", może podpowie na czym polega kłopot z poniższym zdaniem: "nauczycielka nauczania początkowego twierdzi, że ilekroć rodzic przychodzi do niej wyłuszczając problemy dotyczące jego dziecka, że przeważnie z dzieckiem jest ok." Co znaczy "ilekroć"? W mojej rzeczywistości (językowej) "za każdym razem". A "przeważnie"? - "Najczęściej". Czyli albo "za każdym razem", albo "przeważnie". Ilekroć piszę przeważnie myślę? ;)
      A co jest najistotniejsze do wyłuskania? To, że doświadczona nauczycielka ma "namiar" (taki rodzaj połączenia z umysłem uniwersalnym? ;)), który za każdym razem, kiedy rodzice zwracają się do niej z kłopotami swojego dziecka wie, że (przeważnie hi!hi!hi!) to rodzice są kłopotem. To zwalnia ją z jakiegokolwiek przyjrzenia się temu, czy może rodzice, którzy jednak znają też swoje dziecko, mają jakieś cenne spostrzeżenia. Ergo: rodzice nie chodźcie do nauczycieli pytać się o kłopoty swojego dziecka w szkole, bo okaże się, że to wy jesteście problemem.
      Być może nawet byłabym skłonna pogodzić się z takim rodzajem argumentowania, gdyby nie kilka przykładów z otoczenia, kiedy kłopotem okazywał się nauczyciel wychowania początkowego, a nie rodzic. Dziecko, które miało poważne kłopoty (z nauką, z tzw. "zachowaniem"), zmieniało szkołę (lub tylko klasę, czyli de facto - nauczyciela wychowania początkowego) i wszystkie kłopoty się kończyły. Przy takiej zmianie rodzice są raczej elementem stałym, co pozwala jednakowoż przypuszczać, że to nie oni wymagali terapii.
      Przypuszczam, że tak dokładny opis traum wywołanych działaniem "przewrażliwionej mamusi" jest wynikiem jakiś własnych doświadczeń (jako dziecka? mamusi? nauczycielki?). Przyjmij jednak, że doświadczenia (i zachowania) innych ludzi mogą być odmienne, a nauczyciel wychowania początkowego to nie wszystkowiedzący bóg, potrafiący "momentalnie namierzać".
      Nie znając mnie, pragniesz mnie obrazić ("przewrażliwiona mamusia", która czepia się szczegółów i nie potrafi wyłuskać, tego, co najistotniejsze oraz cały ten, jakże adekwatny, ekspresyjny opis wydumanych przez Ciebie moich - niewątpliwie "namierzonych" (bo dlaczego taki namiar miałby działać jedynie w kontakcie twarzą w twarz?) zachowań.
      Odpowiem ci cytatem z pewnej książki (nie o wychowaniu dzieci):
      "-Nie zamierzam z tobą dyskutować, stary sofisto - odparł Mateusz Lewita.
      -Nie możesz ze mną dyskutować z powodu, o którym już wspomniałem - (...) - odpowiedział Woland (...)." Wykropkowania można znaleźć w książce. Pozostańmy w sferze niedomówień :) Jeśli nie wiesz, gdzie szukać i nie pomoże Ci kuzynka nauczycielka, chętnie podpowiem. :)

      Usuń
    6. Moją odpowiedzią na cytat z książki, o której wspominasz jest cytat z filmu, jeżeli nie wiesz o jakim filmie mowa chętnie podpowiem:
      "nie chce mi się z Tobą gadać".

      Usuń
    7. Wychowanie dzieci jest banalne... Przecinki są sprawą nieistotną, jak się rozumie dzięki namiarowi i doświadczeniu... Argumentów merytorycznych brak... Nawet obrazić nie można subtelnie... Odpowiedzią na wielką literaturę - film "zabili i go i uciekł"...
      Co za finezja :)
      Dobrze, że przynajmniej udało się ustalić dlaczego nie możemy ze sobą dyskutować: ja - z powodu, o którym już wspomniałem, ty - z lenistwa, nie chce mi się ;)

      Usuń
    8. Dla Ciebie "zabili go i uciekł", wyobraź sobie, że fan twórczości Pasikowskiego znajdzie w jego twórczości odniesienia do rycerzy Okrągłego Stołu i poszukiwanego przez nich Św. Graala, kto by przypuszczał. Kończmy tę dyskusję, zapewne inni czekają w kolejce, może tym pięknym wierszykiem, wszak tu o dzieciach mowa :-)

      Do biedronki przyszedł żuk,
      W okieneczko puk - puk - puk.

      Panieneczka widzi żuka:
      " Czego pan tu umnie szuka?"

      Skoczył żuk jak polny konik,
      Z galanterią zdjął melonik.

      I powiada: "Wstań, biedronko.
      Wyjdz, biedronko, przyjdz na słonko.

      Wezmę ciebie aż na łączkę
      I poproszę o twą rączkę."

      Oburzyła się biedronka :
      " Niech pan tutaj się nie błąka,
      Niech pan zmiata i nie lata,
      I zostawi lepiej mnie,
      Bo ja jestem piegowata,
      A pan - nie!"

      Powiedziała, co wiedziała,
      I czym prędzej odleciała,

      Poleciała, a wieczorem
      Ślub już brała - z muchomorem.

      Bo od środka aż po brzegi
      Miał wspaniałe, wielkie piegi.

      Stąd nauka
      Jest dla żuka:
      Żuk na żonę żuka szuka."

      przepraszam gospodynię tego bloga za zamieszanie

      do widzenia:-)

      Usuń
  2. Świetny komentarz:) Jeśli tylko mamy do czynienia nie z patologią, a z rozsądnymi, na ogół wykształconymi, w miarę inteligentnymi (także w sferze inteligencji emocjonalnej) ludżmi - a za takich się tu chyba uważamy. Zgadzam sie w 100%.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja uwaga była oczywiście skierowana do meli.

      Usuń
  3. To moze napisze,.jak jest u nas :) zastanowilam sie i ...o dziwo, ale my (rodzice) w tenacie dzieci sie NIE spieramy! O cala reszte tak, o wszelkie drobne, codzienne sprawy potrafimy sie poklocic . W temacie dzieci natomiast - sielanka i zgrany team. a nie zawsze tak bylo, zgranie sie, zestrojenie w tym temacie nastapilo dopiero teraz i juz wyjasniam - od 10 mcy to maz zajmuje sie mlodszym.dzieckiem (obecnie ma 16 mcy) po moim powrocie do pracy po urlopue macierzynskim. Dodatkowo odbiera starsza z przedszkola. Czasami przygotuje obiad (jak juz mu glid doskwiera ;) ). Popoludniami czasami pracuje, a gdy trzeba (bo np.ja zajme sie gotowaniem) to nadal trzyma piecze nad malolatami. wieczorem usypia mlodszego , ja w tym czasie starsza. Potem juz spokojnie zasiada do pracy... Zakupy ogarniamy na zmiane, ja codzienne drobne, maz wieksze tygodniowe. w weekendy ja zajmuje sie dziecmi, maz jest w pracy (fotografia slubna). I to dziala nam jak w zegarku a ze zawsze cos musi byc za cos to przyznaje,.ze sprzatam od wielkiego dzwonu. Mezowi balagan nie przeszkadza, ja staram sie na biezaco scierac kurze, podlogi i czyscic toalete i wanne, zmywanie odwala za nas zmywarka. :)
    Dobrze,.ze doba nie trwa dluzej niz 24 godziny, bo bym nie miala wymowki (musze spac!) dla nieumytych okien a przyklad..Albo sterty ciuchow do prasowania.
    Aha, jeszcze psa maz wyprowadza. I rano szykuje mi kawe - tylko on robi taka,.jaka mi smakuje :)
    Ola

    OdpowiedzUsuń