poniedziałek, 7 lutego 2011

1.956

Krzątam się a Erna turla kulki z plasteliny, zlepia je w całość, w misia pod drzewem, w pomarańczowłosą damę, w kaczkę z czerwonymi oczami, pływającą po stawie (kiedy pytam, dlaczego ptaszysko ogląda świat na krwawo i czy to specjalnie, Erna wzrusza ramionami i prycha, że artyście się nie wtrąca w dzieło, przyznaję jej rację).
Krzątam się.
Odpowiadam na pytania to stąd, to stamtąd. Silny tupta, coś omawia, zafascynowany rosnącymi możliwościami intelektu i ciała, mam wrażenie – dopiero przy Silnym tak dosadne – że niemal dwulatek czerpie czystą radość z tego, że z każdym dniem może więcej, szybciej biec, lepiej składać, dokładniej kojarzyć (myślę też przy okazji, że kiedy proceder przebiega po kilkudziesięciu latach à rebours jest już znacznie mniej zabawnie).



- Mama, – Erna porzuciła plastelinę. Patrzy we mnie parą jasnych ocząt a gil, giluś, giluń mieni się pod jej nosem jak śluzowy diament. –
a ty marzyłaś, żeby ktoś do ciebie mówił kochano mamusiu?Odpowiadam:
-
Jasne!
- Kochana mamusiu ja kocham ciebie!
– żarliwie recytuje Erna i wpija się kompletem pełnych zapału palców w moje nogawki.
(Obyś mówiła tak samo, myślę, za dziesięć, albo za dwanaście lat.)
Ściskamy się.
Później Erna biegnie, szkicuje i przynosi dwa portrety matki. Jeden w wersji domowej, drugi w wersji na bal.






Zachwyt.
Do czasu, aż Erna nie strzepnie nerwowo rąk i nie jęknie w rozpaczy:
- Wszystko mi idzie na majne!








Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza