piątek, 21 stycznia 2011

1.951


Kiedy stajemy się matkami, to umieramy.

I tak właśnie. Sic.
Link jest nieco czerstwy, za to teza świeża, podzielam ją każdego dnia wdraża mi się w cv (acz jeżeli chodzi o prozę autorki aforyzmu, to nie moja poetyka. żeby być ścisłą).




- Mama, - szlocha Erna. –
a o któjej wjócisz?Nie można wyjść.
Nie można wyjść z domu, skoro już się do niego wróciło.
Metodyczną pracą u podstaw przez wszystkie przeszłe lata macierzyństwa przyuczyłam nielaty do tego, że rano opuszczam dom i podążam w świat zarobić na musli z mlekiem, na klocki LEGO. Rano rozstanie jest naturalną konsekwencją wczesnej godziny i dzieje się na ogół bez stresu.
Każda kolejna rozłąka w ciągu doby to eskalacja lęków separacyjnych, festiwal jęków, wirtuozerskie popisy zawodzenia.


- Mama, - płacze Erna. Przybiegła za mną do łazienki, wisi na futrynie. –
a o któjej wjócisz?
- Zaraz
. – mówię. Szoruję zęby.
Idę na wywiadówkę, będę za pół godziny. Idę do fryzjera, będę za kwadrans. Idę na szybkie zakupy, będę za pięć minut. Z każdej nieobecności ucinam z góry jedną trzecią.
- Zajas? – pytająco powtarza Erna. –
A to długo?Odpowiadam:
- Nie.
Erna chce wiedzieć – teraz! już! koniecznie! – jak długo trwa „zaraz” w przyswajalnych jednostkach czasu.
- Tak długo, jak bajka, którą właśnie oglądacie z Silnym. Bajka się skończy, - mówię. – wtedy będę.
Erna łypie na mnie spod pasma włosów, które opada jej na twarz, jak grzywka.
- Jaka bajka jest taka długa, jak twoje zajas? – pyta i wykrzywia usta w kopytko.



Kiedy stajemy się matkami, umieramy.
I abstrahuję od zmian w ciele, od troski, która się nigdy nie kończy, od wyrzutów sumienia ze względu na każdy wybór, uaktywnionej chronicznie opcji wielofunkcyjnej, odkładania własnych potrzeb i przyjemności w bliżej nieokreśloną przyszłość, od opasłej biblii powinności na stałe w pamięci operacyjnej, od egzystencjalnych trosk o świat i o dziecko.
Abstrahuję.
Chciałabym wiedzieć, jak zamknąć drzwi do domu od zewnątrz, nie zatrzaskując wycia.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza