środa, 15 sierpnia 2012

2.090

Fanpejdże o feministycznym wychyleniu na pewnym portalu społecznościowym się wczoraj ekscytowały najświeższymi wynikami badań izraelskich naukowców. Otóż jak wynika z kwerend zakrojonych na bliżej nieokreśloną skalę - poród szkodzi zdrowiu.

Och, temat jest mój, mam się wręcz za sprowokowaną, ja powiem! ja powiem! Bo cóż bardziej filuternego, niż się wymądrzyć w takiej kwestii, w której każda ma własną, niepodważalną rację i zamierza jej bronić - i te przed, i te po, i te, które już zapomniały, i ci, którzy nigdy nie będą rodzić.



Temat jest zresztą w sam raz na sezon ogórkowy w toku, czytelników tokfm kręcą raczej reminiscencje afery Amber Gold i jej personalne pochodne i nikt się przesadnie nie rwie do komentowania artykułu o pełnoobjawowym zespole stresu pourazowego na porodówkach. Na fejsbuńczu przeciwnie, koterie skaczą sobie do oczu, stowarzyszenie „sama sobie ródź (bez znieczulenia)” charczy gęstą treścią na członkinie klubu „a właśnie, że poród to fizjologia”. 

I w przeciwnym kierunku.
Język wywalony i tup paputkiem w podłogę.
I oczywiście nikt się nie zamierza przekonać do wrogich racji, bo każda z koterii się przyspawała do własnych argumentów zanim weszła w dyskusję.

Czyli zupełnie, jak ja.
Też jestem trwale przylutowana do tezy, że …
Nie, jednak nie, po zastanowieniu się dochodzę do wniosku, że nie mam na podorędziu żadnego gotowca na temat porodu. I oczywiście rozumiem, że mnie nieracjonalnie spieka ta cała dyskusja. Ale jednak mnie spieka.



Przede wszystkim dlatego, że niezbyt czaję, jaki konkretnie wniosek płynie z cytowanych badań, a może raczej – jaka teza była punktem wyjścia do tego, żeby je zainicjować. Interes firm farmaceutycznych produkujących środki znieczulające?

Cóż, jestem z tej koterii, która obstaje, że poród jest fizjologią. No i że ciało człowieka płci żeńskiej jest zasadniczo gotowe tej fizjologii podołać, tak jak daje radę trawieniu, poceniu się i mitozie.


I tak, bałam się każdego porodu i był to strach przed nieznanym i lęk przed koniecznością poddania się – a fuj! - fizjologii (a przecież na co dzień bułkę przez bibułkę), ale tylko pierwszy poród, ten na dolarganie był rzeźnią 3D z dźwiękowym podkładem z horroru. Cóż, akcja „wyjmijcie mi to dziecko” nie jest mi obca. Ani ta, że „zróbcie coś z tym!”. Kolejne porody –  bo jestem nieco na ich temat wychylona – kolejne porody były czymś w rodzaju rytuałów przejścia, dotknięciem głębi natury, pełna mistyka i mentalna kontrola. Chociaż przecież nie twierdzę, że poród nie boli. Boli, jak sto biesów, a dodatkowo cały myk w tym, że żeby urodzić trzeba sobie tego bólu dodać (przyj! przyj! ;))))) ). Dobra, wiem, tego nie da się napisać wiarygodnie, żeby nie uderzać w intelektualnie podejrzane tony. Ale wiem też, bo sprawdziłam na własnym przykładzie, co prawda metodologicznie wątłym, ale za to bezspornym, że nawet w klinice uniwersytetu medycznego można urodzić dziecko tak, jak się chce i tak, jak ciało czuje. Grawitacja, te historie.



Wracając do badań nad objawami stresu pourazowego – spinają mnie takie artykuły. W ogóle, irytuje mnie rozmowa o rodzeniu po ludzku ograniczona do rozważań nad redukcją bólu. I to mówię ja, która zawsze żądam znieczulenia u dentysty, a z uszkodzonym stawem skokowym zemdlałam w izbie przyjęć pięć czy sześć razy z rzędu, co wzbudziło pewną sensację wśród załogi, bo równolegle ze mną opatrywani tryskali krwią albo odłamkami kości.

Konkluzja jest taka, że nie znoszę bólu.
Oraz taka, że żałuję, że tak słabo mi wkładano do głowy przed pierwszym porodem, że dam radę. Nie dlatego, że jakiś środek chemiczny mi odetnie odczuwanie bólu, ani nie dlatego, że się „nauczyłam” oddychania w szkole rodzenia (szczerze wątpię, żeby tego się dało nauczyć), ale dlatego, że clou jest w daniu wiary swojemu ciału. I instynktowi.

Instynkt jest niestety maksymalnie nie intelektualny oraz za darmo. Cóż.



Mam też własne przemyślenia na temat źródeł stresu pourazowego, różnych od bólu skurczy partych.

Jako żywo stają mi przed oczami dwie damy ze szmatami i z wiadrem, które wbiły na salę porodową i między moje nogi tuż po akcji głównej, żeby oczyścić pole lekarzowi. Nowy Człowiek gdzieś tam sobie kwilił, tirli-rilli, a one czyniły swoją hałaśliwą powinność przy otwartych drzwiach, że o innych otwartych strefach nie wspomnę.
Z sentymentem (chociaż przez pewien narkotyczny cug) wspominam też wrzaski obsługi, którymi komunikowano mi konieczność podejmowania określonych działań zmierzających do wypchnięcia potomka.
Wrzask, otwarte drzwi, pielgrzymki przypadkowych osób. Dyskredytujące komentarze. Mogłabym tak długo.
Te źródła stresu pourazowego leżą jednak w całości poza rodzącą.
I ich żadna firma farmaceutyczna cudownie nie zniweluje.




Ech, niechże jakaś doula z doświadczeniem typu pięćset porodów opisze swoje badania terenowe nad dojmującą fizjologią procesu rodzenia. I że to nie musi niszczyć psychiki, przeciwnie – że dobrze zrobione może być źródłem siły. Kobiecej siły. Feministycznej, do diaska, siły.

Chociaż oczywiście rozumiem, że każda musi mieć na taki FEMINISTYCZNY trening ochotę, ale czy nie warto choćby napomknąć o MOŻLIWOŚCI?






41 komentarzy:

  1. dokładnie, niech dadzą kobiecie wsparcie przy porodzie a nie musztre i naruszenie wszelkich granic osobistych...
    moze se mnie boleć tylko niech mi nie komentują że fałszuję na partych (no, zmyślam, wiadomo) czy grupa studentów niech mi się nie gapi na krocze...

    naprawde trzeba być mocnym psychicznie żeby po takim porodzie, jaki w większości polskich placówek może miec miejsce nie mieć zespołu stresu pourazowego. to uraz psychiczny, nie że boli, cholera.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. => rzufik: fałszowałaś na partych? dawałaś w d-moll zamiast w C-dur? ;))))))))

      Usuń
  2. Pod takim feminizmem, to ja się wszystkimi kończynami, a nawet sutkami mlecznymi podpisuję.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pierwsza??

    A w temacie porodu to ja chyba tylko po to aby świadomie poczuć ta siłę o której piszesz myślę o trzecim dziecku. Pierwsze - byłam zbyt przerażona i poddana woli lekarzy by poczuć, drugie - nieplanowana cesarka.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja się nauczyłam oddychać w szkole rodzenia. A może bardziej mój mąż - przez cały, długi pierwszy poród, trzymając mnie, siedzącą na tej cholernej piłce, dyktował mi do ucha "wdech, wydech, wdech, wydech", a potem "oddychaj... a teraz przyj" - i chyba tylko dlatego tam nie umarłam i w ogóle urodziłam. Był moją warstwą izolującą od tego świata pokrzykujących pielęgniarek i lekceważących lekarzy, dzięki niemu wspominam mój pierwszy, ciężki i długi, poród jako doświadczenie typu "dałam radę!" - bo mogłam się skupić na fizjologii właśnie, a nie na obronie swoich granic.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. => Tores: prawdopodobnie byłam jednak niesprawiedliwa dla szkoły rodzenia.
      przypominam sobie, z jaką uwagą spijałam z ust położnika wykład o znieczuleniach, oddechowe szkolenia położnych interesowało mnie znacznie mniej.

      Usuń
  5. Zabawnie, ale prawdziwie. A nie wierzyłam, przed porodem, że to prawda, że bólu porodowego się nie pamięta. Pamiętam inne bóle. Pamiętam, że jak rodziłam bolało jak cholera, ale samego bólu pamieci nie mam. Biologia wie co robi. Inaczej każda by skończyła prokreację na pierwszym dziecku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. => sis: to truizm, ale ten jeden jedyny ból ma sens.

      Usuń
  6. Wydawało mi się, że na temat stresu pourazowego po porodzie przeczytałam już wszystko... Jest wiele badań na ten temat, a te na które się natknęłam, skupiają się, tak jak piszesz, na czynnikach zewnętrznych. I dotyczą kobiet, których poród znacznie odbiegał od fizjologicznej normy... Ból w opowieściach tych kobiet schodzi na drugi, albo trzeci plan, ważniejsze jest np. to w jaki sposób odnosili się do niej lekarze itd.
    Szkoda, że na temat negatywnych skutków znieczulenia nie wypada mówić. Bo to przecież takie dobrodziejstwo i trzeba być głupim, prawda, żeby chcieć rodzić bez?
    Jeśli kogoś to interesuje to mogę poszukać linków do tych źródeł.
    A tak od siebie, to po dobie skórczy (bez znieczulenia) w moim przypadku skończyło się na stole operacyjnym. I chociaż na tym etapie "nie czułam" nic, to wspominam go najgorzej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. właśnie to jest naprawdę ciekawe, i widzę w tym jednak korporacyjny lobbing firm farmaceutycznych, że rodzenie ze znieczuleniem jest przedstawiane w aurze "dobrodziejstwa", "osiągnięcia", "nowoczesności" i "prawa kobiet do znieczulenia".

      bardzo mnie interesują linki.

      Usuń
  7. Tak, tak, tak! Ja mialam wyjątkowe szczęście, bo mój pierwszy i jak dotąd - jedyny ;) poród był wlaśnie taki: świadomy, pełen siły, pełen zaangażowania. Magiczny i mistyczny też. Intymny: tylko ja, mąż i położna. W kucki. W wodzie. Kosztowało mnie to, fakt, bo wynajęcie położnej kosztowało sporo - ale bez zająknięcia zapłaciłabym po raz drugi.
    Szczęśliwie od początku miałam nastawienie, że potrafię, że dam radę, że moje ciało wie, co robić. Jedyne, czego się bałam, to interwencji medycznych: oksytocyny, nacięcia. Ale udało się bez tego :) Przez pierwsze godziny, jeszcze w domu, chodziłam po mieszkaniu, kucałam, klęczałam. Czas w szpitalu - dwie i pół godziny, w tym 20 minut parcia. Dałam radę, choć oczywiście był moment, kiedy błagałam o zakończenie i było mi już całkowicie wszystko jedno. Moment. A potem znów parłam :) Po wszystkim, kiedy podziękowałam położnej, ona podziekowała mi, stwierdzając, że "takie porody przywracają jej wiarę w ten zawód".
    Każdej kobiecie życzę takiego przeżycia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. => zagubinowo: tak napisałaś, że przechodzą dreszcze.
      ciągle mam w ciele pamięć siły, którą się ma tuż po.

      Usuń
  8. myślę, że urodziłam tylko i wyłącznie dzięki wierze, że potrafię i dam radę. i dałam.
    nie mam żadnej traumy, mimo, że trafiłam na niemiłą położną, której było nie na rękę, że nie chcę oksytocyny i innych wspomagaczy [mój wybór później zweryfikowała przedłużająca się akcja i moje wyczerpanie], rodziłam leżąc, bo nie miałam już siły siedzieć, stać, chodzić, nie miałam już siły na nic. ale urodziłam, bo wierzyłam, że urodzę i mój partner też wierzył we mnie.
    i później dostałam do przytulenia najpiękniejsze, najmilsze w dotyku i najcudowniejsze dziecko świata - przecież nie ma takich ładnych noworodków ;)
    jestem w grupie, która twierdzi, że to nie kwestia środków znieczulających [nie korzystałam], ale wielu innych rzeczy, których nie zapewni farmacja, ani żaden lekarz, czy położna.
    bardzo podoba mi się Pani tekst. serdecznie pozdrawiam i życzę mnóstwa radości!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. => radka: to jest jeden z tych komentarzy, które mi przywracają wiarę w to, że nie tylko ja jestem lekko walnięta na temat potęgi rodzenia.

      Usuń
  9. Tak, tak, tak - podpisuje sie wszystkimi konczynami!

    Koszmarny bol, wycie i placz sa strasznymi przezyciami, ale nie byly w stanie mnie gleboko dotknac.
    To nie one odzieraja mnie z godnosci.

    Nic tak nie niszczy jak slowa wypowiedziane pogardliwym tonem w momencie mojego zmeczenia, bezsilnosci i strachu.
    I zostaje poczucie krzywdy i zalu. I strach, ze nie daj Boze kiedys znowu bede zdana na laske i nielaske tego lub podobnego czlowieka.

    Kiedy teraz patrze wstecz na swoje dwa porody, to, mimo wcale nie-magicznych przezyc i komplikacji, najgorsze wspomnienia mam w obu przypadkach z sali po-porodowej. Wspomnienia samego porodu bledna na wspomnienie tych paru dni "po" w szpitalu; ciaglych obchodow, sprzecznych informacji podawanych przez kolejne zmiany, bezosobowego traktowania, bycia przestawianym, opieprzanym, ustawianym i poganianym.

    Czasem wsrod tych wspomnien jasnieje jakies swiatelko - spotkanie z czlowiekiem, a nie z maszyna w bialym kitlu.

    Jak wtedy, gdy pielegniarka w nocy obudzila mnie miekkim dotknieciem dloni, bo zasnelam karmiac Mlodszego i zapomnialam go wlozyc do lapmy na naswietlanie. I jej cieple slowa, ze "nic sie nie stalo, dziecko potrzebuje przeciez czulosci." I nie bylo krzyku "co Pani wyrabia, jak Pani bedzie tak dalej postepowac, to zabierzemy Pani dziecko na oddzial!", nie bylo wrzasku, nie bylo pretensji o to, ze Mlody lezy obok mnie, nie bylo lez. Byl tylko miekki dotyk dloni i jedno z najpiekniejszych wspomnien ze szpitala.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. => Goldina: :)))))))))))

      poza tym - przypomniałaś mi o urokach obchodów i gwałtownego unoszenia kołderki w obecności dziesięciu medyków.
      brr.

      Usuń
  10. Porody - 2 :) oba sn, oba bez znieczulenia, niezapomniane uczucie, przy kaxdym inne :) przy kazdym strach, by wszystko posxlo wlasciwie, po kazdym ... sila, duma,ulga, radosc, szczescie :)
    Porod to cos, czego jest sie bac ale i na co warto czekac :)
    Faaajne... A gdy pomysle, ze juz zadne (planowane) dziecko mi w brzuchu wierzgac nie bedzie, to troche zal... ale nieplanowane daje nadzieje ;)
    ola

    OdpowiedzUsuń
  11. Och! Ja na ten temat mogłabym długo... Jako młoda matka, młoda lekarka, całkiem niedawna studentka patrząca w klinice na te porody i o zgrozo! :-D partnerka lekarza położnika...
    Ale napiszę tylko z jednej strony - bo dawno się z Tobą Zimno tak nie zgadzałam ( zwykle czytam, uśmiecham się, ale z jednym rocznym Dzieckiem daleko w tyle jestem...) - matki, która 2 tyg temu obchodziła rocznicę pierwszego porodu.
    Mniej więcej od połowy ciąży wiedziałam, że urodzę. Nie mówię, że się nie bałam, strach przed nieznanym jest czymś zupełnie naturalnym, mimo, że sama fizjologia porodu nie była mi obca. Ale tak jak od zawsze wiedziałam, że będę dobrym kierowcą ( a prawo jazdy zrobiłam dopiero w wieku 24 lat) tak po prostu moja głowa pracowała w stronę "urodzę". Rzadko ( niestety) mi się takie myślenie zdarza, ale w konkretnych sprawach raczy się pojawiać. Nie planowałam dokładnie, kto, co i jak. Nawet się nie spakowałam do końca. O 22 odpłynęły wody, zaczęłam się powoli pakować, wzięłam walizkę na kółkach i ponieważ było lato, byłam sama w domu, a mieszkam 150 m od szpitala pomaszerowałam rodzić. W okolicznych knajpach ludzie wychylali kufle, a ja szłam rodzić - przeżycie bezcenne. :-)) wszystkim życzę porodu w nocy - wtedy nie ma pań salowych latających ze szmatami, nie ma zbędnych ludzi, poza lekarzem i położną, ciszę przerywają jedynie jęki i stęki :-)) pewnie odezwą się głosy, że jako lekarz miałam lepiej, łatwiej, milej - fakt, personel mi się nie wymądrzał i nie był opryskliwy.. Ale mnie chodzi raczej o zaufanie pewnej INTUICJI - przez 9 miesięcy ciało przygotowuje się do porodu, a do nas należy przygotowanie do niego głowy. Myślę, że może gdyby kobiety były bardziej świadome fizjologii porodu, tego jak i na co działają hormony, jak przebiega wstawianie się główki etc byłyby spokojniejsze? To jest bardzo skomplikowany proces, ale natura go sprytnie wymyśliła ;-)

    co do samego podejścia do porodu, z racji zawodu wiem, że MNÓSTWO kobiet z góry zakłada, że nie uda im się urodzić. Idą na porodówkę z myślą, ŻE NIE DADZĄ RADY, bo to tak BOLI.
    Nie prą, zaciskają nogi, chowają się pod łóżko porodowe (tak!)...
    Żadne znieczulenie nie zastąpi myślenia. Choć przeciwnikiem znieczuleń nie jestem, lepsze to niż jedno za drugim cesarskie cięcie. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. kobiety chowają się pod łóżko?
      mocne.
      i wiem, że jest tak, że masa kobiet przyjeżdża na porodówkę z założeniem "zajmijcie się tym", sama za pierwszym razem zakładałam podobnie, ale rodzenie to jednak inna historia, niż wyrwanie zęba.
      trzeba wiedzieć, że generalnie raczej można to zrobić o własnych siłach.

      Usuń
  12. Pierwszy poród pestka bo nie wiedziałam co mnie czeka :) Drugi też taki miał być, bo już wiem, no i ciało już przygotowane. Nie był. Było trudno ale ja, czyli mój mózg, moje ciało i mój duch wiedzieliśmy po co rodzimy i jak rodzić, by bylo bezpiecznie. Urodziłam. Dokładnie miesiąc temu. 61 cm. 4.600 kg. To był mój poród.

    OdpowiedzUsuń
  13. Książki o fizjologii rodzenia istnieją. Klasyka to książki Ireny Chołuj, położnej. Czytając "Poród w domu", który de facto jest zbiorem relacji z porodów, można wpaść w euforię, że to takie piękne i naturalne. Zresztą, perełki też można znaleźć w sieci, na przykład taka oto relacja z pierwszej ręki: http://www.rodzicpoludzku.pl/Opowiesci-porodowe/Moj-bardzo-ludzki-porod-domowy.html

    OdpowiedzUsuń
  14. Bolalo. Z notatek wynika, ze bolalo. Mozg wycina z glowy kazde wspomnienie fizycznego bolu. No, bo kiedys, tak mi sie wydaje, i zab, i zlamana reka, i wreszcie ten porod... nie, nic nie pamietam. Chyba bolalo.

    Urodzilam skrzetnie, szybciutko, schludnie, raz dwa. Norweski i polozna gdzies tam podpierali sciane. To bylo moje osiem minut :-) Najprzedziwniejsze wspomnienie, odklejenia sie od rzeczywistosci i powrotu w zupelnie nowa. Powrotu z taka energia, satysfakcja prymuski, ze hej! dajcie mi urodzic jeszcze czworke, tu i teraz, od reki :-)
    Mialam duzo szczescia - czego zreszta zycze kazdej Pani Matce.

    /to pisala kaczka



    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. => Kaczko, OSIEM MINUT ZA PIERWSZYM RAZEM?
      (zdaje się, że pamiętam notki o tym na blogasku) ;))))

      Usuń
    2. Mowilam, ze prymuska :-)
      W rzeczywistosci prawdopodobnie rodzilam przez caly weekend, ale po prostu nie zdawalam sobie z tego sprawy (blogoslawiona nieswiadomosc!). Zdaje sie, ze nawet twierdzilam, ze mam skurcze, bo cos tam zjadlam (dziewiaty miesiac, tydzien po terminie :-)... Klasyczne wyparcie (sic!)

      Usuń
  15. ps. mnie chodziło o medyczną wiedzę, taką często suchą, podręcznikową, nie żadne euforyczne relacje jaka to ekstaza ten poród, choćby nie wiem jakie "autorytety" pisały...ale nie wiem, czy to by pomogło. Pewnie jednej tak, innej nie. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ale wiesz, chodzi o to, żeby MÓWIĆ. żeby to gdzieś zawisło POWIEDZIANE, wielokrotnie powtarzane. że można, że się da i tak dalej.

      Usuń

  16. "Instynkt jest niestety maksymalnie nie intelektualny oraz za darmo. Cóż." to najprawdziwsza prawda... czytałam piękny list douli do kobiety rodzącej, a komentarze mnie zasmuciły, gdyż kobiety nie wierzą, nie chcą uwierzyć, że mogą.
    Mnie bolało, ale nie pamiętam już tego. Za to pamiętam, że się nie bałam...może dlatego, że nie transportowałam się w nieznane i do obcych, i znałam każdy kawałek przestrzeni, która mnie otaczała i siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. => Kalyani: bo rządzi strach. przed utratą kontroli nad sobą, przed bólem. poza tym, chyba dość powszechne jest przekonanie, że medykalizacja jako nowocześniejsza, więc siłą rzeczy - lepsza ma pod każdym względem przewagę nad instynktem.

      Usuń
  17. Ludzkość się nie unicestwi bombą atomową. Zaniknie, kiedy kobiet odkryją na blogaskach, że poród boli, jest fizjologiczny i że tak bardzo nieprzyjemnie jest w szpitalach. A, doprawdy, są już blisko tego odkrycia. Brawo.

    OdpowiedzUsuń
  18. Dzięki Ci Zimno za te cierpkie, ciepłe słowa. Rodziłam, dwukrotnie, naturalnie, więc podpieram Twój metodologicznie wątły, lecz bezsporny wynik z - do diaska - feministyczną siłą!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. => monika: :)))))))))))))))
      próba na pięciu porodach jest już niemal naukowa ;)

      Usuń
  19. Tu Paulina, od posta z chowaniem się pod łóżko :-) Tak czytam komentarze z zaciekawieniem dużym i dorzucę do dyskusji jeszcze jeden aspekt -

    średnio 1-2 razy w miesiącu na dyżurze mojego męża podczas porodu żony do pokoju lekarskiego puka mąż rodzącej - bladosiny - ze słowami "Panie doktorze, przychodzę w imieniu żony, PAN JEJ NIE ZNA ONA NAPRAWDĘ JUŻ NIE MOŻE, jesteśmy razem już 5 lat i ja to widzę, proszę zrobić cięcie"
    [ Pomijając zabawny - dla mnie - wywód słowny] o co pan prosi? O cięcie cesarskie (CC)! Tak jakby cięcie było panaceum. Jakby Ci źli lekarze specjalnie kazali kobietom umierać z bólu porodowego, gdy pod ręką mają takie fantastyczne wyjście: CC.

    Może zatem zamiast (lub oprócz) przekonywania przyszłych matek, że da się urodzić drogami natury, trzeba by jeszcze uświadomić, że CC to nie jest byle co. Dyskredytowanie słowne - potoczna "cesarka" - łagodzi fakt, że jest to OPERACJA ze wszystkimi tego konsekwencjami. Że potwornie boli - nie w trakcie porodu, ale później podczas rekonwalescencji. Że w czasie gdy matki po porodzie naturalnym w następnej dobie po porodzie cieszą się dzieckiem, te po CC leżą...Etcetera.
    Natura nie po to wymyśliła przeciskanie się noworodka przez drogi rodne, żeby mu uprzykrzyć start. To jest dziecku potrzebne, styka się z florą matki, oczyszczają mu się lepiej drogi oddechowe itd...
    CC jest super alternatywą w syt alarmowej.
    Ale CC na życzenie? Bo poród boli? Ech..

    A większość pań od tych mężów proszących o CC rodzi naturalnie, później jest zadowolona, czasem dziękuję, czasem przeprasza za swoje zachowanie na porodówce i wchodzi w świat swojego dziecka, nie mając pewnie czasu opowiadać, że w sumie nie było tak źle.
    Za to opozycjonistki - o te mają czas krzyczeć głośno.
    I później Ty Zimno musisz czasem potrząsnąć tematem, zrównoważyć układ sił. =PP Pozdr.

    OdpowiedzUsuń
  20. " rozumiem, że każda musi mieć na taki FEMINISTYCZNY trening ochotę, ale czy nie warto choćby napomknąć o MOŻLIWOŚCI?"
    O możliwości żeby nie mieć ochoty? I dlaczego niby każda MUSI mieć ochotę? Nie bardzo czaję.
    Swoją drogą, co matki teraz robią, że córki nie czają instynktów i oczekują wsparcia od pielęgniarek z wiadrem? Chyba siedzą w Inernecie?

    OdpowiedzUsuń
  21. rodziłam trzy razy przez cc, za każdym razem cięcie ze wskazań medycznych.
    przez pół godziny trwania operacji oczywiście nic nie boli, ale potem- jak cholera. chodzisz zgięta w pół, boli po cewniku przy siusianiu, przy głębszym oddechu, kaszlu. można w takiej sytuacji zabrać dziecko tuż po wyjęciu z brzucha i zostawić kobietę samą, bez noworodka,obolałą i z nakazem leżenia. można włazić do sali jakby jej tam nie było a potem ignorować olimpijsko fakt że ciężko jej unieść się do płaczącego dziecka.
    można też tuż po wyjęciu dziecka położyć je na piersi matce, można dać noworodka na pierwsze karmienie na sali pooperacyjnej, 10 minut po szyciu, pod aparaturą. i nie zabierać go już nigdzie. można z szacunkiem pomagać a nie poganiać.
    poród przez cc jest również zmierzeniem się z własną fizjologią, bólem, niesprawnością- pozbawioną magii porodu naturalnego do momentu spotkania się twarzą w twarz z nowym cżłowiekiem. ten moment sprawia że i po cięciu czujemy nieprawdopodobną siłe do przezwyciężenia bólu, niemożności poruszania się, krwawienia. wystarczy nam w tym nie przeszkadzać!

    OdpowiedzUsuń
  22. Moj porod byl czyms niesamowitym. Milo go wspominam. Bolalo, ale w szkole rodzenia zostalam na ten bol przygotowana. W szkole dowiedzialam sie dlaczego boli i jak mam pomoc dziecku wylezc z dziupli.Najmadrzejasza rada poloznej: sluchajcie waszego ciala, oraz "dziewczyny krzyczcie jak macie ochote, jak otwieracie usta otwiera sie tez wasza wagina.Wasze matki i babcie nie krzyczaly i rodzily po 20 godzin"...Moj trwal 8;)przez ten czas tylko ostatnia godzine byla z nami polozna i lekarz, wczesniej tylko maz. Stanowczo odmowilam kroplowki na przyspieszenie, wierzac ze natura zrobi swoje. W sumie przygotowalam sie psychicznie na niezla rzeznie, a teraz uwazam ze doswiadczenie borowania 2 zebow po kolei bez znieczulenia u szkolnego dentysty jest o wiele gorsze. Piec godzin po porodzie bylam juz w domu, bo nienawidze szpitali.pozdrawiam,Basia

    OdpowiedzUsuń