Zacznijmy od końca. Dnia.
Wzięłam prysznic już po dwudziestej i dokładnie się natarłam balsamem i
starannie wyczyściłam zęby i nakremowałam twarz, odprawiłam zawczasu wszystkie
czasochłonne rytuały higieniczne, żeby nie stracić ani sekundy z tego
kiedy
oni
zasną.
I rozdałam całusy na dobranoc, każdemu po tyle samo, co pozostałym. I
przeczytałam na głos kolejny odcinek powieści czytanej w odcinkach i pozwoliłam
obejrzeć jeden kawałek z internetu, no dobra, dwa kawałki o pingwinach z Madagaskaru i się przyczaiłam z laptopem, książką i
szklanką wody na brzegu łóżka, zlałam się z pościelą, zastygłam nieruchomo nieomal
niewidzialna.
Nie
ma
mnie tu.
Oglądajcie sobie, dzieci, oglądajcie.
A kiedy się bajka skończy – SPAĆ!
Gasić główne światła, opatulać kołdrami.
Wstrzymałam oddech, śpijcie, ach śpijcie, drogie dziatki, mija kolejny dzień z
kolejnych dni naszych wakacji. Dwudziesta pierwsza czterdzieści pięć,
dwudziesta druga. Książka mi fermentuje, zagrzewa się laptop.
- A czy ti mnie kochasz, – zapytał Silny
zsuwając się po ramie łóżeczka. - mama?
Pytanie.
- A czy? – spytała Erna.
- A ja? – dramatycznie jęknął najstarszy
brat.
Wszyscy otoczyli wiankiem łóżko, na którym przysiadłam. Dwudziesta druga z
minutami. Jestem czynna, włączyłam się przed ósmą rano. Od siódmej pięćdziesiąt
objaśniam, przyznaję rację, rozsądzam sprzeczki, wydaję komendy, proszę,
błagam, pokrzykuję i tak dalej. Karmię, poję, obcieram, ubieram. Zapewniam catering
oraz entertainment. ZapewniaMY z Ojcem Dzieciom, czteroręczna, czworonożna maszyna
do wielopłaszczyznowej obsługi nielatów. Wakacje są fenomenalne, ale w wakacje nic
nas nie odciąża – ani rodzina, ani punkty edukacji, ani praca. Odciążamy się w
porywach nawzajem.
- A wiesz, - pyta z nagła któryś z nielatów. –
mama …?
I to jest jak dynamit.
Rozsadza mnie.
ś p i j c i e j u ż w y j ę.
j u ż ś p i j c i e b ł a g a m.
Do zdarcia gardła.
Cisza.
Nikt nie śpi, ale wszyscy udają.
Cóż.
źródło: facebook.
piątek, 17 sierpnia 2012
środa, 15 sierpnia 2012
2.090
Fanpejdże o feministycznym wychyleniu na pewnym portalu społecznościowym się wczoraj
ekscytowały najświeższymi wynikami badań izraelskich naukowców. Otóż jak wynika
z kwerend zakrojonych na bliżej nieokreśloną skalę - poród szkodzi zdrowiu.
Och, temat jest mój, mam się wręcz za sprowokowaną, ja powiem! ja powiem! Bo cóż bardziej filuternego, niż się wymądrzyć w takiej kwestii, w której każda ma własną, niepodważalną rację i zamierza jej bronić - i te przed, i te po, i te, które już zapomniały, i ci, którzy nigdy nie będą rodzić.
Temat jest zresztą w sam raz na sezon ogórkowy w toku, czytelników tokfm kręcą raczej reminiscencje afery Amber Gold i jej personalne pochodne i nikt się przesadnie nie rwie do komentowania artykułu o pełnoobjawowym zespole stresu pourazowego na porodówkach. Na fejsbuńczu przeciwnie, koterie skaczą sobie do oczu, stowarzyszenie „sama sobie ródź (bez znieczulenia)” charczy gęstą treścią na członkinie klubu „a właśnie, że poród to fizjologia”.
I w przeciwnym kierunku.
Język wywalony i tup paputkiem w podłogę.
I oczywiście nikt się nie zamierza przekonać do wrogich racji, bo każda z koterii się przyspawała do własnych argumentów zanim weszła w dyskusję.
Czyli zupełnie, jak ja.
Też jestem trwale przylutowana do tezy, że …
Nie, jednak nie, po zastanowieniu się dochodzę do wniosku, że nie mam na podorędziu żadnego gotowca na temat porodu. I oczywiście rozumiem, że mnie nieracjonalnie spieka ta cała dyskusja. Ale jednak mnie spieka.
Przede wszystkim dlatego, że niezbyt czaję, jaki konkretnie wniosek płynie z cytowanych badań, a może raczej – jaka teza była punktem wyjścia do tego, żeby je zainicjować. Interes firm farmaceutycznych produkujących środki znieczulające?
Cóż, jestem z tej koterii, która obstaje, że poród jest fizjologią. No i że ciało człowieka płci żeńskiej jest zasadniczo gotowe tej fizjologii podołać, tak jak daje radę trawieniu, poceniu się i mitozie.
I tak, bałam się każdego porodu i był to strach przed nieznanym i lęk przed koniecznością poddania się – a fuj! - fizjologii (a przecież na co dzień bułkę przez bibułkę), ale tylko pierwszy poród, ten na dolarganie był rzeźnią 3D z dźwiękowym podkładem z horroru. Cóż, akcja „wyjmijcie mi to dziecko” nie jest mi obca. Ani ta, że „zróbcie coś z tym!”. Kolejne porody – bo jestem nieco na ich temat wychylona – kolejne porody były czymś w rodzaju rytuałów przejścia, dotknięciem głębi natury, pełna mistyka i mentalna kontrola. Chociaż przecież nie twierdzę, że poród nie boli. Boli, jak sto biesów, a dodatkowo cały myk w tym, że żeby urodzić trzeba sobie tego bólu dodać (przyj! przyj! ;))))) ). Dobra, wiem, tego nie da się napisać wiarygodnie, żeby nie uderzać w intelektualnie podejrzane tony. Ale wiem też, bo sprawdziłam na własnym przykładzie, co prawda metodologicznie wątłym, ale za to bezspornym, że nawet w klinice uniwersytetu medycznego można urodzić dziecko tak, jak się chce i tak, jak ciało czuje. Grawitacja, te historie.
Wracając do badań nad objawami stresu pourazowego – spinają mnie takie artykuły. W ogóle, irytuje mnie rozmowa o rodzeniu po ludzku ograniczona do rozważań nad redukcją bólu. I to mówię ja, która zawsze żądam znieczulenia u dentysty, a z uszkodzonym stawem skokowym zemdlałam w izbie przyjęć pięć czy sześć razy z rzędu, co wzbudziło pewną sensację wśród załogi, bo równolegle ze mną opatrywani tryskali krwią albo odłamkami kości.
Konkluzja jest taka, że nie znoszę bólu.
Oraz taka, że żałuję, że tak słabo mi wkładano do głowy przed pierwszym porodem, że dam radę. Nie dlatego, że jakiś środek chemiczny mi odetnie odczuwanie bólu, ani nie dlatego, że się „nauczyłam” oddychania w szkole rodzenia (szczerze wątpię, żeby tego się dało nauczyć), ale dlatego, że clou jest w daniu wiary swojemu ciału. I instynktowi.
Instynkt jest niestety maksymalnie nie intelektualny oraz za darmo. Cóż.
Mam też własne przemyślenia na temat źródeł stresu pourazowego, różnych od bólu skurczy partych.
Jako żywo stają mi przed oczami dwie damy ze szmatami i z wiadrem, które wbiły na salę porodową i między moje nogi tuż po akcji głównej, żeby oczyścić pole lekarzowi. Nowy Człowiek gdzieś tam sobie kwilił, tirli-rilli, a one czyniły swoją hałaśliwą powinność przy otwartych drzwiach, że o innych otwartych strefach nie wspomnę.
Z sentymentem (chociaż przez pewien narkotyczny cug) wspominam też wrzaski obsługi, którymi komunikowano mi konieczność podejmowania określonych działań zmierzających do wypchnięcia potomka.
Wrzask, otwarte drzwi, pielgrzymki przypadkowych osób. Dyskredytujące komentarze. Mogłabym tak długo.
Te źródła stresu pourazowego leżą jednak w całości poza rodzącą.
I ich żadna firma farmaceutyczna cudownie nie zniweluje.
Ech, niechże jakaś doula z doświadczeniem typu pięćset porodów opisze swoje badania terenowe nad dojmującą fizjologią procesu rodzenia. I że to nie musi niszczyć psychiki, przeciwnie – że dobrze zrobione może być źródłem siły. Kobiecej siły. Feministycznej, do diaska, siły.
Chociaż oczywiście rozumiem, że każda musi mieć na taki FEMINISTYCZNY trening ochotę, ale czy nie warto choćby napomknąć o MOŻLIWOŚCI?
Och, temat jest mój, mam się wręcz za sprowokowaną, ja powiem! ja powiem! Bo cóż bardziej filuternego, niż się wymądrzyć w takiej kwestii, w której każda ma własną, niepodważalną rację i zamierza jej bronić - i te przed, i te po, i te, które już zapomniały, i ci, którzy nigdy nie będą rodzić.
Temat jest zresztą w sam raz na sezon ogórkowy w toku, czytelników tokfm kręcą raczej reminiscencje afery Amber Gold i jej personalne pochodne i nikt się przesadnie nie rwie do komentowania artykułu o pełnoobjawowym zespole stresu pourazowego na porodówkach. Na fejsbuńczu przeciwnie, koterie skaczą sobie do oczu, stowarzyszenie „sama sobie ródź (bez znieczulenia)” charczy gęstą treścią na członkinie klubu „a właśnie, że poród to fizjologia”.
I w przeciwnym kierunku.
Język wywalony i tup paputkiem w podłogę.
I oczywiście nikt się nie zamierza przekonać do wrogich racji, bo każda z koterii się przyspawała do własnych argumentów zanim weszła w dyskusję.
Czyli zupełnie, jak ja.
Też jestem trwale przylutowana do tezy, że …
Nie, jednak nie, po zastanowieniu się dochodzę do wniosku, że nie mam na podorędziu żadnego gotowca na temat porodu. I oczywiście rozumiem, że mnie nieracjonalnie spieka ta cała dyskusja. Ale jednak mnie spieka.
Przede wszystkim dlatego, że niezbyt czaję, jaki konkretnie wniosek płynie z cytowanych badań, a może raczej – jaka teza była punktem wyjścia do tego, żeby je zainicjować. Interes firm farmaceutycznych produkujących środki znieczulające?
Cóż, jestem z tej koterii, która obstaje, że poród jest fizjologią. No i że ciało człowieka płci żeńskiej jest zasadniczo gotowe tej fizjologii podołać, tak jak daje radę trawieniu, poceniu się i mitozie.
I tak, bałam się każdego porodu i był to strach przed nieznanym i lęk przed koniecznością poddania się – a fuj! - fizjologii (a przecież na co dzień bułkę przez bibułkę), ale tylko pierwszy poród, ten na dolarganie był rzeźnią 3D z dźwiękowym podkładem z horroru. Cóż, akcja „wyjmijcie mi to dziecko” nie jest mi obca. Ani ta, że „zróbcie coś z tym!”. Kolejne porody – bo jestem nieco na ich temat wychylona – kolejne porody były czymś w rodzaju rytuałów przejścia, dotknięciem głębi natury, pełna mistyka i mentalna kontrola. Chociaż przecież nie twierdzę, że poród nie boli. Boli, jak sto biesów, a dodatkowo cały myk w tym, że żeby urodzić trzeba sobie tego bólu dodać (przyj! przyj! ;))))) ). Dobra, wiem, tego nie da się napisać wiarygodnie, żeby nie uderzać w intelektualnie podejrzane tony. Ale wiem też, bo sprawdziłam na własnym przykładzie, co prawda metodologicznie wątłym, ale za to bezspornym, że nawet w klinice uniwersytetu medycznego można urodzić dziecko tak, jak się chce i tak, jak ciało czuje. Grawitacja, te historie.
Wracając do badań nad objawami stresu pourazowego – spinają mnie takie artykuły. W ogóle, irytuje mnie rozmowa o rodzeniu po ludzku ograniczona do rozważań nad redukcją bólu. I to mówię ja, która zawsze żądam znieczulenia u dentysty, a z uszkodzonym stawem skokowym zemdlałam w izbie przyjęć pięć czy sześć razy z rzędu, co wzbudziło pewną sensację wśród załogi, bo równolegle ze mną opatrywani tryskali krwią albo odłamkami kości.
Konkluzja jest taka, że nie znoszę bólu.
Oraz taka, że żałuję, że tak słabo mi wkładano do głowy przed pierwszym porodem, że dam radę. Nie dlatego, że jakiś środek chemiczny mi odetnie odczuwanie bólu, ani nie dlatego, że się „nauczyłam” oddychania w szkole rodzenia (szczerze wątpię, żeby tego się dało nauczyć), ale dlatego, że clou jest w daniu wiary swojemu ciału. I instynktowi.
Instynkt jest niestety maksymalnie nie intelektualny oraz za darmo. Cóż.
Mam też własne przemyślenia na temat źródeł stresu pourazowego, różnych od bólu skurczy partych.
Jako żywo stają mi przed oczami dwie damy ze szmatami i z wiadrem, które wbiły na salę porodową i między moje nogi tuż po akcji głównej, żeby oczyścić pole lekarzowi. Nowy Człowiek gdzieś tam sobie kwilił, tirli-rilli, a one czyniły swoją hałaśliwą powinność przy otwartych drzwiach, że o innych otwartych strefach nie wspomnę.
Z sentymentem (chociaż przez pewien narkotyczny cug) wspominam też wrzaski obsługi, którymi komunikowano mi konieczność podejmowania określonych działań zmierzających do wypchnięcia potomka.
Wrzask, otwarte drzwi, pielgrzymki przypadkowych osób. Dyskredytujące komentarze. Mogłabym tak długo.
Te źródła stresu pourazowego leżą jednak w całości poza rodzącą.
I ich żadna firma farmaceutyczna cudownie nie zniweluje.
Ech, niechże jakaś doula z doświadczeniem typu pięćset porodów opisze swoje badania terenowe nad dojmującą fizjologią procesu rodzenia. I że to nie musi niszczyć psychiki, przeciwnie – że dobrze zrobione może być źródłem siły. Kobiecej siły. Feministycznej, do diaska, siły.
Chociaż oczywiście rozumiem, że każda musi mieć na taki FEMINISTYCZNY trening ochotę, ale czy nie warto choćby napomknąć o MOŻLIWOŚCI?
poniedziałek, 13 sierpnia 2012
2.089
Chcecie wiedzieć, jak to się robi w Ameryce?
Otóż w Ameryce robi się to dokładnie tak samo, jak w lokalnym internecie.
„Często marzy mi się” – tu kawałek cytatu. – „powrót do przeszłości w lśniącym srebrny deloreanie i przekazanie kilku mądrych wskazówek sobie samej sprzed macierzyństwa. Oczywiście ta egoistka pewnie by mnie wcale nie posłuchała, bo sądziłaby, że wszystko wie najlepiej. Warto jednak byłoby spróbować. Poradziłabym jej sypiać dłużej w weekendy, bo od chwili, gdy pojawią się dzieci, nigdy już się nie wyśpi. Niechby jak najczęściej pokazywała szczupłe długie nogi bez żylaków, używała częściej balsamu i nakładała odżywkę na włosy. Powinna też bardzo wolno jadać, rozkoszować się każdym kęsem, ponieważ wkrótce będzie wrzucała coś w siebie bardziej z konieczności niż dla przyjemności. A co najważniejsze, gdy tylko trafi się sposobność, niech biegnie do najbliższej publicznej toalety i poliże klamkę albo podejdzie do pociągającego nosem obcego człowieka w coffee shopie i głęboko oddycha tym, co on wykicha, lub jak najczęściej przemieszcza się środkami transportu publicznego i staje jak najbliżej kaszlących pasażerów. Niech na wszelkie możliwe sposoby nasiąka wszystkimi przenoszonymi przez powietrze wirusami i bakteriami, niech je wchłania, niech wystawia swoje zdrowe ciało na ich działanie. »Choruj, kochana«, powiedziałabym. »Choruj, ile wlezie. I rozkoszuj się każdą chwilą choroby. Ponieważ od chwili, gdy zostaniesz mamą, już nigdy nie będziesz mogła chorować«.”
To znaczy, oczywiście, bez przesady.
W kawałku o nie wysypianiu się nie ma jednak zbyt wiele prawdy. Ani w tym o balsamie (czy też jego braku). Że o nogach nie wspomnę. W istocie, pracowicie szukałam cytatu, który by mi tu zrobił adekwatną klamrę z notką o kończynie w gipsie (w realnym świecie już nieźle przeterminowanej). I, proszę – jest!, znalazłam. C.N.D. W Ameryce matki robią macierzyństwo tak samo, jak w Polsce. I piszą o tym tymi samymi słowami. Uch. Ta myśl ma zgoła ołowiany ciężar gatunkowy i jest na miarę, doprawdy, rekonwalescencji ortopedycznej, żeby nie rzec, że ortopedyczno-mentalnej. Kuśtyk, kuśtyk. Z mozołem, jak widzicie, i w ogólnie ciężkim trudzie, pocie, znoju oraz w walce z opornymi słowami klecę tu recenzję do książki, która mi właśnie dwa tygodnie temu spadła z poczty. I z miejsca ją w trzy godziny przeczytałam. Oto skutki ulegania pokusom czytania publikacji przed premierą i z nadrukiem „egzemplarz prasowy”. Opłakane.
I gdyby to się działo w „Rejsie” (Szanowni Państwo wystawiają sobie hipsterskie okoliczności wakacyjnej przyrody, a ja się biorę za kulturę i oświatę), więc gdyby to był „Rejs” zagaiłabym pewnie tak, że jako umysł ścisły doceniam melodie, które już raz słyszałam. Przez tą, no, przez reminiscencję. Rekonwalescencję. Reasumpcję. Recycling. Ale to nie jest rejs, a ja umysł ścisły mogę miewać co najwyżej w suchej gadce.Zatem - jeżeli chcecie przeczytać jeszcze raz to wszystko, co już zostało napisane i o czym już centylion razy czytałyście i czytali – zachęcam do „Wyznań upiornej mamuśki” Jill Smokler. I niech będą Wam smaczne. Jakiekolwiek przeciwne założenie, a w szczególności zaś takie, że z USA wieje jakiś lepszy wiatr naraża na zieeew. I chraaap.
I niech Was nie zniechęca rekomendacja ze strony wydawcy, że „Jeśli któraś matka przeczyta „Wyznania upiornej mamuśki” bez chichotania, powinna się zastanowić, czy jej poczucie humoru przypadkiem nie zdechło przywalone stertą pieluch.” Moje poczucie z wszelką pewnością nie zdechło, a nie chichotałam. No, chyba, że … cóż, mam kilku faworytów. Otóż wyłam radośnie i klepałam się w sadło przy kawałku o sprawdzaniu ilości mleka w piersiach za pomocą dwóch pompek (brr …) z których, rzecz jasna, nic Autorce nie kapie, co rzeczoną prowadzi do konkluzji, że „najwyraźniej nie miałam pokarmu” (lubięto!). Albo rozdział rozważań o ciążach deformujących ciało („Przez całe dziewięć miesięcy jadłam, co chciałam. Utyłam trzydzieści kilogramów”.) Dla każdego coś na jego, nomen omen, miarę. XXL. Wypaśnie.
Znakomite są też kawałki zaczerpnięte z komentarz do bloga (bo Jill Smokler jest blogerką, tyle, że made in USA). „Wybieram brzydkie niańki, bo chcę być dla dzieci najpiękniejsza”. „Mam trzydzieści osiem lat i nadal siusiam w basenie do wody”. „Oszukuję w grach planszowych, żeby szybciej skończyć”. „Po zmianie pieluszki zorientowałam się, że mam dłoń przybrudzoną kałem. Ponieważ nie miałam w pobliżu chusteczek, wytarłam rękę o dżinsy i tak zostało na cały dzień”.
Za to ostatnie powinnam, zdaje się, przeprosić.
Tak, jak powinnam przeprosić wydawcę za niewykrzesanie z siebie choćby cienia entuzjazmu dla odbytej lektury.
A zatem – pardon.
Wszakże, cóż, w moim sceptycyzmie nie czuję się, szczęśliwie, opuszczona i sama. Sąsiadka z branży pisze o „Wyznaniach” w analogicznym klimacie. To wszystko już jest po polsku, bez konieczności angażowania tłumaczy. Lokalne blogomatki już dały tematowi radę.
A, i jeszcze jedno. „Mamuśka” Jill Smokler jest dokładnie tak samo „upiorna”, jak ja. „Upiorna” w tytule jest czczym chwytem marketingowym, a nie definicją rewolucyjnej, macierzyńskiej, amerykańskiej postawy. Ponad wszystko i pominąwszy kosmetyczne różnice – jesteśmy, Autorka i ja, dokładnie takie same. W żadnej mierze nie „upiorne”, po prostu dziergające swoje wielokrotne macierzyństwo (i całą resztę) z dnia na dzień.
Otóż w Ameryce robi się to dokładnie tak samo, jak w lokalnym internecie.
„Często marzy mi się” – tu kawałek cytatu. – „powrót do przeszłości w lśniącym srebrny deloreanie i przekazanie kilku mądrych wskazówek sobie samej sprzed macierzyństwa. Oczywiście ta egoistka pewnie by mnie wcale nie posłuchała, bo sądziłaby, że wszystko wie najlepiej. Warto jednak byłoby spróbować. Poradziłabym jej sypiać dłużej w weekendy, bo od chwili, gdy pojawią się dzieci, nigdy już się nie wyśpi. Niechby jak najczęściej pokazywała szczupłe długie nogi bez żylaków, używała częściej balsamu i nakładała odżywkę na włosy. Powinna też bardzo wolno jadać, rozkoszować się każdym kęsem, ponieważ wkrótce będzie wrzucała coś w siebie bardziej z konieczności niż dla przyjemności. A co najważniejsze, gdy tylko trafi się sposobność, niech biegnie do najbliższej publicznej toalety i poliże klamkę albo podejdzie do pociągającego nosem obcego człowieka w coffee shopie i głęboko oddycha tym, co on wykicha, lub jak najczęściej przemieszcza się środkami transportu publicznego i staje jak najbliżej kaszlących pasażerów. Niech na wszelkie możliwe sposoby nasiąka wszystkimi przenoszonymi przez powietrze wirusami i bakteriami, niech je wchłania, niech wystawia swoje zdrowe ciało na ich działanie. »Choruj, kochana«, powiedziałabym. »Choruj, ile wlezie. I rozkoszuj się każdą chwilą choroby. Ponieważ od chwili, gdy zostaniesz mamą, już nigdy nie będziesz mogła chorować«.”
To znaczy, oczywiście, bez przesady.
W kawałku o nie wysypianiu się nie ma jednak zbyt wiele prawdy. Ani w tym o balsamie (czy też jego braku). Że o nogach nie wspomnę. W istocie, pracowicie szukałam cytatu, który by mi tu zrobił adekwatną klamrę z notką o kończynie w gipsie (w realnym świecie już nieźle przeterminowanej). I, proszę – jest!, znalazłam. C.N.D. W Ameryce matki robią macierzyństwo tak samo, jak w Polsce. I piszą o tym tymi samymi słowami. Uch. Ta myśl ma zgoła ołowiany ciężar gatunkowy i jest na miarę, doprawdy, rekonwalescencji ortopedycznej, żeby nie rzec, że ortopedyczno-mentalnej. Kuśtyk, kuśtyk. Z mozołem, jak widzicie, i w ogólnie ciężkim trudzie, pocie, znoju oraz w walce z opornymi słowami klecę tu recenzję do książki, która mi właśnie dwa tygodnie temu spadła z poczty. I z miejsca ją w trzy godziny przeczytałam. Oto skutki ulegania pokusom czytania publikacji przed premierą i z nadrukiem „egzemplarz prasowy”. Opłakane.
I gdyby to się działo w „Rejsie” (Szanowni Państwo wystawiają sobie hipsterskie okoliczności wakacyjnej przyrody, a ja się biorę za kulturę i oświatę), więc gdyby to był „Rejs” zagaiłabym pewnie tak, że jako umysł ścisły doceniam melodie, które już raz słyszałam. Przez tą, no, przez reminiscencję. Rekonwalescencję. Reasumpcję. Recycling. Ale to nie jest rejs, a ja umysł ścisły mogę miewać co najwyżej w suchej gadce.Zatem - jeżeli chcecie przeczytać jeszcze raz to wszystko, co już zostało napisane i o czym już centylion razy czytałyście i czytali – zachęcam do „Wyznań upiornej mamuśki” Jill Smokler. I niech będą Wam smaczne. Jakiekolwiek przeciwne założenie, a w szczególności zaś takie, że z USA wieje jakiś lepszy wiatr naraża na zieeew. I chraaap.
I niech Was nie zniechęca rekomendacja ze strony wydawcy, że „Jeśli któraś matka przeczyta „Wyznania upiornej mamuśki” bez chichotania, powinna się zastanowić, czy jej poczucie humoru przypadkiem nie zdechło przywalone stertą pieluch.” Moje poczucie z wszelką pewnością nie zdechło, a nie chichotałam. No, chyba, że … cóż, mam kilku faworytów. Otóż wyłam radośnie i klepałam się w sadło przy kawałku o sprawdzaniu ilości mleka w piersiach za pomocą dwóch pompek (brr …) z których, rzecz jasna, nic Autorce nie kapie, co rzeczoną prowadzi do konkluzji, że „najwyraźniej nie miałam pokarmu” (lubięto!). Albo rozdział rozważań o ciążach deformujących ciało („Przez całe dziewięć miesięcy jadłam, co chciałam. Utyłam trzydzieści kilogramów”.) Dla każdego coś na jego, nomen omen, miarę. XXL. Wypaśnie.
Znakomite są też kawałki zaczerpnięte z komentarz do bloga (bo Jill Smokler jest blogerką, tyle, że made in USA). „Wybieram brzydkie niańki, bo chcę być dla dzieci najpiękniejsza”. „Mam trzydzieści osiem lat i nadal siusiam w basenie do wody”. „Oszukuję w grach planszowych, żeby szybciej skończyć”. „Po zmianie pieluszki zorientowałam się, że mam dłoń przybrudzoną kałem. Ponieważ nie miałam w pobliżu chusteczek, wytarłam rękę o dżinsy i tak zostało na cały dzień”.
Za to ostatnie powinnam, zdaje się, przeprosić.
Tak, jak powinnam przeprosić wydawcę za niewykrzesanie z siebie choćby cienia entuzjazmu dla odbytej lektury.
A zatem – pardon.
Wszakże, cóż, w moim sceptycyzmie nie czuję się, szczęśliwie, opuszczona i sama. Sąsiadka z branży pisze o „Wyznaniach” w analogicznym klimacie. To wszystko już jest po polsku, bez konieczności angażowania tłumaczy. Lokalne blogomatki już dały tematowi radę.
A, i jeszcze jedno. „Mamuśka” Jill Smokler jest dokładnie tak samo „upiorna”, jak ja. „Upiorna” w tytule jest czczym chwytem marketingowym, a nie definicją rewolucyjnej, macierzyńskiej, amerykańskiej postawy. Ponad wszystko i pominąwszy kosmetyczne różnice – jesteśmy, Autorka i ja, dokładnie takie same. W żadnej mierze nie „upiorne”, po prostu dziergające swoje wielokrotne macierzyństwo (i całą resztę) z dnia na dzień.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

