W środowej „Polityce” Piotr Stasiak pisze o „Plemionach sieci”. Jest kawałek o hejterach, bezlitośnie tropiących każdą zmarszczkę tej czy tamtej gwiazdki na pudelku. Jest o Demotywatorach i Wikipedystach, o graczach w Warcraft, o geekach i nerdach. W kilku liniach Stasiak napomyka o start-upowcach („Przyszli milionerzy. Przynajmniej w marzeniach.”) i młodych matkach. „Młode matki, oderwane od tradycyjnego modelu wielopokoleniowej rodziny, w którym siostry, matki i babki dostarczały niezbędnego wsparcia i wiedzy, znalazły je na forach internetowych”. Pomijam cokolwiek pobieżną analizę społeczności matek (po erze stycznióweczek i marcóweczek - która jest bez winy i nigdy nie łypała na adekwatne ciążowe forum na portalu gazety, niech pierwsza rzuci fotą ciężarnego profilu – więc oprócz ciąży i połogu, jest przecież i dalsze macierzyńskie życie).
Lubię natomiast trafność diagnozy.
Nie mam cienia wątpliwości, że internet kompensuje brak realnych, oświeconych i otwartych na dzielenie się doświadczeniem kobiet w zasięgu ręki. Bez wątpienia jest miejscem ucieczki dla młodych matek zamkniętych tête-à-tête z niemowlęciem w mieszkaniu na czterdziestoletni kredyt. W internet można wskoczyć między zmianą pieluchy a karmieniem. I ekspresowo wyskoczyć do odcedzania przecieru z eko-marchwi. Bez wyrzutów sumienia.
Zaczynam mieć też niejasne wrażenie, że świadomość wspólnoty doświadczeń buduje siłę.
Wspólnota się dzieje co prawda online, więc w pewnym sensie i poniekąd na niby, ale i w jedności czasu i miejsca. W wirtualnej gminie.
Sama się sobie dziwię, że będąc bezsprzecznie analogową i dwudziestowieczną, piszę o sieciowym macierzyństwie niczym skończenie digital native. Cóż, moje macierzyństwo jest cyfrowe i to od przed-poczęcia.
Tak, nie spacyfikowałam jeszcze w sobie bulgotu z promocji [ANTY]macierzyństwa.
Był taki moment w SPOT-cie, mało znaczący dla głównych nurtów debaty, kiedy jedna z dyskutantek zarzuciła mi, że intencjonalnie podkreślam, że czytam, żeby dać do zrozumienia, że nie jestem wykluczona i poza głównym nurtem.
Ależ mam świadomość wykluczenia, rzekłam (czytaniem natomiast niczego nie podkreślam, po prostu regularnie zapoznaję się z tym czy z innym tekstem).
Tak, jestem wykluczona, bo macierzyństwo wyklucza z cosobotnich imprez. Ale kompulsywnie realizowana praca zawodowa też wyklucza z tego i z owego. Choroba również wyklucza i tak dalej. Marginalizujemy się we własnych światach, bo nie ma jednego mainstreamu.
Zachwycające mnie [ANTY]macierzyńskie larum natomiast to z jednej strony postulat własnej drogi dla każdej. Przebąkiwałam już tu o tym.
Z drugiej strony natomiast chciałabym w tym widzieć żądanie nadania wartości kobiecym przeżyciom. U Stasiaka kwietniówki uprawiają na forach błahe pitu-pitu o kolkach i alergiach.
Mam wrażenie, że nasza gadanina idzie jednak głębiej.
***
Chuda z „Macierzyństwem bez lukru” dały radę! Czytam właśnie o ich wyróżnieniu w blogoturnieju.
Gratulacje, Dziewczyny!
Z promocją [ANTY]macierzyństwa (brzmi grubo!) było tak.
W lodowaty wtorkowy wieczór usiadłyśmy w trójkę na twardej – za to designerskiej - kanapie: zuzanka.blogitko, Agnieszka Szczepanek i ja. Po lewej i po prawej stronie Justyna Zimna i Michał Larek, na widowni Pierwsza. Pierwsza wyglądała jak masłoska, a później napisała u siebie promocję frazą adekwatną do stylizacji, niniejszym szacun.
Zaczęliśmy od tego, że dlaczego właściwie [ANTY].
Mówiłam już gdzieś kiedyś, że mam osobistą słabość do Matki Polki, tej wielkimi literami. Nie chcę się wdawać w czcze słowne przepychanki, ale jeżeli ktoś uważa, że Matka Polka, ta w aurze etosu już nie straszy, to polecam refleksję nad historią Madzi z Sosnowca ze szczególnym uwzględnieniem społecznego linczu na jej matce. Z rodzinnej tragedii stał się groteskowy spektakl i to nie tylko za sprawą TVN. Jak rozumiem, autorzy ckliwych, zafoliowanych poematów i ci, którzy wieszają na gałęziach pluszaki są najczulszymi rodzicami dla swoich maleństw, że codziennie szykują im pożywne śniadanka i nigdy nie przywołują dzieci do porządku uderzeniem kapcia.
Dobre matki znoszą w chaszcze maskotki, złe matki do gazu.
W ogóle, niepokoi mnie związek frazeologiczny „zła matka”/”wyrodna matka”. On jest na czubku języka, gotowy do użycia, to jest kalka językowa instant, że ta matka jest dobra, a tamta matka jest zła, selekcja wydaje się oczywista, zaś kryteria klasyfikacji - łatwe.
Wyrodny ojciec? W odległych kolokacjach.
Wyrodny ojciec - około 128.000 wyszukań googla w 0.25 s.
Zła matka - około 2.440.000 wyników w 0.28 s.
Voilà, Wujek Google i jego racje.
… więc dlatego [ANTY], że to się po prostu czuje, że ciężar bycia Dobrą Matką jest absurdalny, że tego się nie da zrobić bez szkód na osobie matki. Ergo – powiedzmy to na głos, że mnie, ciebie i tamtą panią przekracza udawanie, że macierzyństwo jest głównie cacy.
Ono jest TAKŻE cacy, taka enuncjacja raczej nie mija się z prawdą w większości wypadków.
Statystycznie w większości wypadków potrafimy czerpać z macierzyństwa przyjemność, radość i inspirację.
W pakiecie dostając znużenie, zmęczenie, krańcowe opadnięcie z sił tudzież irytację.
I tu wkraczamy niestety na grunt przeżyć własnych, ekshibicjonistycznych wyznań, które na poziomie opisów i deklaracji są nieznośną, jednostkową prywatą. I każda dyskutantka ma swoją rację. I ma w tym rację, bo to nie jest spór o uniwersalia, ani nie o prawdy czy wartości, ani nie o metodologię, to nie jest żaden dyskurs, z którego – choćby potencjalnie – mogłyby płynąć konstruktywne wnioski co do tego, droga redakcjo, jak żyć.
W istocie, dyskusja o alter-macierzyństwie nie jest rozstrzyganiem sporu pierś czy butelka, chusta czy wózek, detergent czy orzech, Sapindus mukorossi.
I żadna Ja! Ja! Ja! nie ma uniwersalnej racji.
Esencją [ANTY]macierzyństwa wydaje się forsowanie prawa do wolności własnej drogi, do indywidualnych przeżyć wobec swojego stawania się matką i że uczucia do dziecka nie zawsze muszą być zawsze pokryte pozłotką. Albo – przeciwnie - krwią, trudem i łzami.
Helou, oto jestem sobą, a nie jakąś obeliskową Matką, wykutą z nierealnych oczekiwań przez Ojczyznę i Naród.
Za takim [ANTY]macierzyństwem głosuję wszystkimi kończynami.
- Mama, a jak się pisze seks?
- S – e – k – s. – przeliterowałam.
- A nie przez x? – Nowego Człowieka niespodzianie zaintrygowała ortografia.
- Przez x to w angielskim.
- A.
Prujemy z przytupem przez kolejne levele w grze w robienie człowieka, w robienie trójki ludzi nawet, a że jest ciągle inaczej, dalej orientuję się literując s – e – k – s.
Bo na co dzień po prostu robię pranie.
I tak właśnie.
Abstrahując od kilku parametrów obiektywnych typu, że z rokiem dwanaście zaniknął mi ośrodek odpowiedzialny za składanie zdań, myśl, że używam tutaj głosu (alias edytora) tylko w celu, żeby dobyć z siebie macierzyńskie pitu-pitu stała mi się przejściowo wstrętną. Taką wręcz blaaa.
Ale dlaczego, ale jak to.
Oddajmy głos Mamie Muminka, kolejną lekturę dla klasy drugiej męczymy ostatnio co wieczór na głos.
Mama Muminka zilustruje zagadnienie niewielkim performance’m.
„- Ląd przed nami! - krzyknął Muminek.
Wszyscy wychylili się przez burtę, żeby popatrzeć.
- Tam jest piaszczysty brzeg! - zawołała Panna Migotka ucieszona.
- I piękny port! - dodał Tatuś Muminka sterując zręcznie między skałami, by dobić do brzegu. „Przygoda” miękko wsunęła się na piasek. Muminek chwycił linę i wyskoczył na ląd.
Wkrótce na brzegu wyspy aż kipiało od gorączkowej pracy. Mama Muminka naznosiła kamieni i nazbierała chrustu, by odgrzać naleśniki, a potem rozłożyła na piasku obrus, który na każdym rogu przycisnęła kamyczkiem, żeby go wiatr nie zdmuchnął. Poustawiała na nim rzędem wszystkie filiżanki i włożyła maselniczkę do dołka, który wykopała w mokrym piasku w cieniu dużego kamienia, a w końcu postawiła bukiet lilii wodnych na środku nakrytego stołu.
- Czy możemy ci w czymś pomóc? - spytał Muminek, gdy wszystko już było gotowe.
- Zbadajcie wyspę - powiedziała Mama Muminka (która wiedziała, że jest to coś, czego bardzo pragną). - To ważna rzecz wiedzieć, gdzieśmy wylądowali. Może tu jest niebezpiecznie, prawda?
- Właśnie to samo sobie myślałem - powiedział Muminek, po czym natychmiast podążył z Panną Migotką i Ryjkiem wzdłuż południowego brzegu wyspy, gdy tymczasem Włóczykij, który najbardziej lubił sam odkrywać różne rzeczy, powędrował brzegiem północnym.”
Nieźle się zakrzątnęła mimo torebusi na łokciu, prawda?
Naznosiła, nazbierała i jeszcze obrusik przytrzasnęła kamyczkiem, żeby jej go nie zwiało.
- Mamo, mamo, a pomóc ci w czymś? – ujmuje mnie synalek, który się zrywa do pomagania rodzicielce, kiedy naleśnik już jest odgrzany, a na stole z piasku stoją talerzyki, filiżanki i kwiaty (te ostatnie wyszarpane, jak rozumiem, z dna akwenu krzepką ręką Mamy).
Aż się chce Mamusi dać kuksańca, że dlaczego taka samowystarczalna, urobiona po pachy idiotka jedna, niewyemancypowana.
Szkoda tylko, że Idiotka Jedna i jej krzątanina się tak żenująco dokładnie mieszczą w przeciętnych realiach.
Od czasu ostatniej notki wstawiłam dużo prań.
Posmarowałam czekoladą wiele kanapek. Na krągłe dziecięce nóżki naciągnęłam sporo rajstop.
Po tym, co zrobiłam nie ma śladu.
Bielizna po wielokroć była brudna w międzyczasie.
Kolejne połówki bochenków dokupuję co dnia.
Bose dziecięce stopy uprawiają promienne staccato na płytkach podłogowych i co rano tak samo marzną.
Mama Muminka i jej akolitki - w tym ja - realizują misję nietrwałość. Misję byt. To nie jest twórcze zadanie. A jeżeli twórcze, to co najwyżej w jakimś górnolotnym, przenośnym i odległym sensie, że uwaga! uwaga! tu się robi ludzi uporczywym, codziennym krzątaniem.
Tydzień temu próbowałam się zakrzątnąć intelektualnie na spotkaniu promocyjnym „Czasu Kultury” nr 4/2011 (którego nakład był już wtedy szczęśliwym zbiegiem okoliczności cudownie wyczerpany, teraz się wznawia).
Padło wiele ważnych zdań, dużo fantastycznego pla-pla, przedefiniujmy macierzyństwo, matka też człowiek i tak dalej. Ale.
Ale nie opuszcza mnie myśl, że jest w tej gadaninie jakaś nieadekwatność. I im częściej generuję myśli na głos w charakterze żywej egzemplifikacji pojęcia „matka”, tym bardziej narasta we mnie bunt, poczucie, że w paplaniu o sobie (chociaż staram się minimalnie) jest coś nieobyczajnego. Że tak nie robi człowiek kulturalny. Mówienie do publiczności o własnym, jednostkowym doświadczeniu określa rzeczownik ekshibicjonizm i niech czytelnicy „Faktu” nie starają się mnie przekonać, że być może nie bardzo.
Kłopot w tym, że o macierzyństwie nie można inaczej, jak językiem prywatnym.
I z tego dramatycznego rozdarcia zamilkłam tu, Mili Państwo.
Oraz z ciągot do eksploatowania się w tych obszarach, w których nikomu nie obcieram smarków.