piątek, 17 lutego 2012

2.043

W środowej „Polityce” Piotr Stasiak pisze o „Plemionach sieci”. Jest kawałek o hejterach, bezlitośnie tropiących każdą zmarszczkę tej czy tamtej gwiazdki na pudelku. Jest o Demotywatorach i Wikipedystach, o graczach w Warcraft, o geekach i nerdach. W kilku liniach Stasiak napomyka o start-upowcach („Przyszli milionerzy. Przynajmniej w marzeniach.”) i młodych matkach. „Młode matki, oderwane od tradycyjnego modelu wielopokoleniowej rodziny, w którym siostry, matki i babki dostarczały niezbędnego wsparcia i wiedzy, znalazły je na forach internetowych”. Pomijam cokolwiek pobieżną analizę społeczności matek (po erze stycznióweczek i marcóweczek - która jest bez winy i nigdy nie łypała na adekwatne ciążowe forum na portalu gazety, niech pierwsza rzuci fotą ciężarnego profilu – więc oprócz ciąży i połogu, jest przecież i dalsze macierzyńskie życie).
Lubię natomiast trafność diagnozy.
Nie mam cienia wątpliwości, że internet kompensuje brak realnych, oświeconych i otwartych na dzielenie się doświadczeniem kobiet w zasięgu ręki. Bez wątpienia jest miejscem ucieczki dla młodych matek zamkniętych
tête-à-tête z niemowlęciem w mieszkaniu na czterdziestoletni kredyt. W internet można wskoczyć między zmianą pieluchy a karmieniem. I ekspresowo wyskoczyć do odcedzania przecieru z eko-marchwi. Bez wyrzutów sumienia.
Zaczynam mieć też niejasne wrażenie, że świadomość wspólnoty doświadczeń buduje siłę.
Wspólnota się dzieje co prawda online, więc w pewnym sensie i poniekąd na niby, ale i w jedności czasu i miejsca. W wirtualnej gminie.
Sama się sobie dziwię, że będąc bezsprzecznie analogową i dwudziestowieczną, piszę o sieciowym macierzyństwie niczym skończenie digital native. Cóż, moje macierzyństwo jest cyfrowe i to od przed-poczęcia.


Tak, nie spacyfikowałam jeszcze w sobie bulgotu z promocji [ANTY]macierzyństwa.


Był taki moment w SPOT-cie, mało znaczący dla głównych nurtów debaty, kiedy jedna z dyskutantek zarzuciła mi, że intencjonalnie podkreślam, że czytam, żeby dać do zrozumienia, że nie jestem wykluczona i poza głównym nurtem.
Ależ mam świadomość wykluczenia, rzekłam (czytaniem natomiast niczego nie podkreślam, po prostu regularnie zapoznaję się z tym czy z innym tekstem).
Tak, jestem wykluczona, bo macierzyństwo wyklucza z cosobotnich imprez. Ale kompulsywnie realizowana praca zawodowa też wyklucza z tego i z owego. Choroba również wyklucza i tak dalej. Marginalizujemy się we własnych światach, bo nie ma jednego mainstreamu.


Zachwycające mnie [ANTY]macierzyńskie larum natomiast to z jednej strony postulat własnej drogi dla każdej. Przebąkiwałam już tu o tym.
Z drugiej strony natomiast chciałabym w tym widzieć żądanie nadania wartości kobiecym przeżyciom. U Stasiaka kwietniówki uprawiają na forach błahe pitu-pitu o kolkach i alergiach.

Mam wrażenie, że nasza gadanina idzie jednak głębiej.









***


Chuda z „Macierzyństwem bez lukru” dały radę! Czytam właśnie o ich wyróżnieniu w blogoturnieju.
Gratulacje, Dziewczyny!


24 komentarze:

  1. Cały czas myślę, że cała debata jest po to, żeby dać żyć każdemu tak jak mu się podoba, z chustą, wózkiem, piersią, butelką, marchwią eko i tą pryskana z supermarketu. O oddech chodzi przecież, człowieczeństwo zwyczajnie i możliwość przyznania się do błędu i braku siły. Pozdrawiam Zimno bardzo ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Uff. Wreszcie spokojny i w miarę prawdziwy tekst. Da się jednak.

    Tak, blog/sieć to nic więcej niż palenisko w kurnej chacie, wokół którego gromadzą się kumy, by na chłopa ponarzekać.
    Tak więc blog, jak i one, pomimo największej wiary w gór przenoszenie, nie posiada ani siły ustawodawczej, ani mocy sprawczej.
    I wszystko, co powiedziane z dymem ulatuje.

    ps. Czytanie, mam nadzieję, nie stało się na tyle egzotyczną czynnością, że należy pisemnie przypominać o jej regularnym wykonywaniu ;) Myślę, że można to subtelniej udowodnić :)

    k.k.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nawet nie tyle do przyznania się, bo to jest dość łatwe, ale do prawa do niebycia bagatelizowanym i ocenianym z autorytetu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. i to przez kogo ocenianym!
      przez koleżanki w biedzie.

      Usuń
  4. Chodzi o oddech i zwyczajne człowieczeństwo, dokładnie. A także o to, żeby owego "wykluczenia" nie demonizować. Jak już, Zimno, wspomniałaś, wykluczenie przypada nam w udziale w najróżniejszych aspektach życia i - nie wiedzieć czemu - to spowodowane rodzicielstwem jawi się w społecznej dyskusji jako ciężka kara, którą odbywamy, pytając "za jakie grzechy?". Bez sensu. Mnie osobiście brakuje takiego stonowania w tej całej zadymie związanej z wykluczeniem - zdaje się, że o tym samym piszesz powyżej. Świadomego przyznania, że owszem, nie można mieć wszystkiego. I owszem, jest to normalna kolej rzeczy; normalna konsekwencja wcześniej podjętych działań. Trochę dystansu i dojrzałości brakuje, tak myślę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. trochę po omacku szukam drogi pośredniej - czegoś między ekstremalnie "wyrodną matką", nastawioną na siebie, a MatkąPolką męczennicą

      Usuń
  5. Tak, blog/sieć to nic innego i nic więcej niż palenisko w kurnej chacie, wokół którego gromadzą się kumy, by na chłopa ponarzekać.
    Tak więc blog, jak i one, pomimo największej wiary w gór przenoszenie, nie posiada ani siły ustawodawczej, ani mocy sprawczej.
    I wszystko, co powiedziane z dymem ulatuje.

    ps. Czytanie, mam nadzieję, nie stało się na tyle egzotyczną czynnością, że należy pisemnie przypominać o jej regularnym wykonywaniu ;) Myślę, że można to subtelniej udowodnić :)

    k.k.

    OdpowiedzUsuń
  6. Jestem mama dwoch chlopcow (4 i 6). Mieszkam w Stanach, dokad przenioslam sie bedac w ciazy z pierwszym dzieckiem. Maz pracowal/uje po 12-14 godzin na dobe, do tego duzo podrozuje. Nie mialam tu wtedy zadnych znajomych, przyjaciol, rodziny czyli zero pomocy fizycznej i wsparcia emocjonalnego. Do tego wpadlam w nowy dla mnie system opieki zdrowotnej, nie zawsze radzilam sobie z jezykiem.
    Z pierwszych trzech lat zycia tutaj (porod, malutkie dziecko, druga ciaza, porod, dwoje malych dzieci) pamietam ogromne, koszmarne zmeczenie i (chyba) poczatki jakiejs depresji, poczucie zamkniecia w pulapce, z ktorej niegdy nie uda mi sie wydostac.
    Pewnego dnia spotkalam na placu zabaw mame blizniakow. Powiedziala mi, ze funkcjonuje tutaj cos takiego jak Moms Club. Kobiety/matki umawiaja sie przez internet w parkach, na placach zabaw, kawiarniach, klubach dla dzieci, centrach handlowych, prywatnych domach po to zeby pobyc razem, porozmawiac, wymienic sie doswiadczeniami. Czasem rozmawiaja o jakiejs wybranej ksiazce, scrapbookuja, umawiaja sie na moms night out, zeby bez dzieci poogladac film, napic sie wina, czy zwyczajnie sie posmiac. Panuje jedna, wyraznie wypowiedziana zasada: nie wolno krytykowac czyjegos stylu macierzynstwa. Ok jest karmic piersia i butelka, pracowac, byc w domu, byc czesciowo w domu i pracowac 2 dni w tygodniu, uczyc toalety w wieku 12 miesiecy ale tez 2 lat.
    Nalezalam do takiego klubu przez ok. rok. Nie nawiazalam z nikim blizszej przyjazni, ale bardzo mi to pomoglo zlapac dystan do siebie, siebie jako matki, swojego zycia takim jakim ono jest tu i teraz. Pomoglo mi spotykanie sie z innymi kobietami-matkami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piękne. Choć może przemówi przeze mnie teraz jakiś fatalny pesymizm, to niestety mam wątpliwości, czy - na polskim gruncie - w takim klubie rzeczywiście udałoby się przestrzegać tej jednej, bardzo ważnej zasady... I jeszcze jedno - nie wiem, czy z pozytywnej, wspierającej grupy nie zrobiłby się typowo polski, malkontencki grajdołek.
      Ale bardzo chcę się mylić :)

      Usuń
    2. => ingrid: wymiana kobiecych doświadczeń, wymiana mądra i neutralna, bez szafowania oceną, mi też się wydaje niezbędna. potrzebuję jej fizjologicznie.

      ciekawe jest to, że w klubach, o których piszesz nie wolno krytykować stylu, za to w tak zwanych naszych realiach krytyka jest wpisana w konwencję, bo któż ma rację, jeżeli nie ja?

      oczywiście jest taka wersja, że brak krytycznych ocen jest przejawem obojętności na cudzy los i takiego ogólnego wychłodzenia emocjonalnego. acz raczej nie sądzę, żeby przesympatyczne lokalne krytykanctwo wynikało z ekstremalnego nastawienia na dobro bliźniego. przeciwnie chyba.

      Usuń
  7. "i jeszcze jedno- nie wiem, czy z pozytywnej, wspierajacej grupy nie zrobilby sie typowy polski, malkontencki grajdolek"- powiedziala typowo polska malkontentka;)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. skąd ten wniosek, jeśli można...?

      Usuń
    2. przeczytaj jeszcze raz swoj post to zrozumiesz- z gory zakladasz pesymistyczna wersje wydarzen- czy nie na tym polega malkontenctwo? typowo polskie oczywiscie;)

      Usuń
    3. Wyrażenie obawy popartej, bądź co bądź, pewnym doświadczeniem, jest wg Ciebie tożsame z założeniem?
      Pisanie, że liczę na własną pomyłkę, to również "zakładanie pesymistycznej wersji"?
      Nie mam specjalnej ochoty na przysłowiowe bicie piany, bo nie uważam żeby było to stosowne miejsce do takiej jałowej dyskusji... Polecam jednak zdystansować się nieco i nie fiksować się na własnych, lekko chybionych interpretacjach.

      Usuń
  8. Zimno, to słodkie, z jaką precyzją cenzurujesz prawdziwe, ale niewygodne dla ciebie teksty.
    Wiesz dobrze, że sugerowanie ci obnoszenia się z wyższością, trochę ci doskwiera.

    k.k.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. eee, nie, zastanawiałam się tylko, ile razy z rzędu umiesz wypluć tę samą złośliwość.
      tylko dwa i już irytacja, że ci nie daję pogwiazdorzyć? cienko


      tymczasem wznawiam moderację, więc nie pisz zbyt wiele, szkoda energii.

      Usuń
  9. ingrid, o, to w Polsce tez są takie "kluby" :-)
    wyglada to tak, że w centrum tkwi jakas gwiazda socjometryczna, której zazwyczaj wszystko wychodzi lepiej. dzieci madrzejsze, piekniejsze, mąż bardzoej kochajacy. na ile w tym prawdy, nie wiadomo, ale pozory są cudne.
    reszta pragnie dorównać i popada w "czarną dupę macierzyństwa", bo oczywiście nie daje rady.
    ale do tego się nie przyznaje. a ta, która pierwsza nie wytrzyma i powie w końcu prawdę, jak to u niej wyglada, jest sekowana przez pozostałe, wielce rade, że im udało się nie puścic pary z gęby. potem wszystko wraca do normy, az do następnego razu, gdy kolejnej puszczą nerwy.
    wierz mi, takie doświadczenie raz na zawsze oducza korzystania z "grupy wsparcia".
    :)

    OdpowiedzUsuń
  10. cześć Zimno,cześć Dziewczyny, rzeczywiście wykluczenie przejawia się w najróżniejszych aspektach, często niezwykle dramatycznych, o wiele gorszych niż wykluczenie młodej matki zamkniętej w czterech ścianach z niemowlakiem, to oczywiste. Ale sam fakt,że dzięki internetowi, głównie dzięki blogom, szeroko dostępna stała się wiedza na ten temat, uważam za przełom. Perspektywa wykluczenia opisana przez młode matki nareszcie przebija się do powszechnej świadomości i tak, moim zdaniem to się przyczynia do nadawania wartości kobiecym przeżyciom. A tak na marginesie, oczywiście,że nie można mieć wszystkiego, ale tym bardziej jestem za tym, żeby wszelkie życiowe decyzje podejmować, mając jak największą wiedzę na ich temat. Wiem doskonale, że gdybym znała te wszystkie miejsca w sieci i ten dyskurs, kiedy urodziłam pierwsze dziecko (w 2008r., czyli niby niedawno), uniknęłabym wielu czarnych dni doła i frustracji. Naprawdę wydawało mi się wtedy,że jestem do niczego, skoro macierzyństwo nie daje mi tylko i wyłącznie szczęścia, chociaż szczęście oczywiście też. Ale jednak nie tylko.. Więc tak, potwierdzam, świadomość wspólnoty doświadczeń buduje siłę i dzięki, Zimno, że piszesz. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie jestem przekonana, czy rzeczywiście się już przebija do powszechnej świadomości.
      czy przypadkiem nie kisimy się we własnym towarzystwie.

      no, ale jeżeli nie będziemy mówić, nie będzie czego słyszeć ;)

      Usuń
    2. Może się rzeczywiście trochę zagalopowałam, ale niech się przebije chociaż do świadomości dziewczyn, które planują mieć dzieci. Ja np. po urodzeniu dziecka zastanawiałam się: "ale czemu NIKT mi nie powiedział, że będzie TAK CIĘŻKO?" Wszędzie trafiałam tylko na te płytkie bzdety o malowaniu brzuszków, pamiętnikach ciąży, a potem błogosławieństwie matczynego mleczka i usypianiu maluszka, pitu-pitu. Odkryłam, że można prawdziwiej i głębiej, tak jak potrzebuję, dopiero jak stało się głośniej o matkoblogach najróżniejszych, a przede wszystkim kiedy się stało głośniej o Twoim genialnym pisaniu :D (czyli kiedy zaczęły się przebijać do powszechnej...?) Poza tym na ogół czytają nas przecież (przynajmniej nasi :)) mężczyźni, a to też ważny krok w kierunku wykluczeniowego coming-outu :D

      Usuń
  11. agamama: moje macierzynstwo nie mialo nic wspolnego ze szczesciem przez pierwsze 3 lata. Bylam koszmarnie zmeczona i tylko to pamietam z tego okresu. I mowie o tym mamom, ktore sa w mojej sytuacji sprzed 3 lat. Mowie im tez, ze to nie trwa wiecznie, ze mija, ze dzieci dorastaja, ze przyjdzie czas, kiedy zaczna sie cieszyc dziecmi i zlapia oddech, ze dzieci staja sie z kazdym rokiem bardziej niezalezne, zaczna sie razem bawic, ze mozna im bedzie wytlumaczyc coraz wiecej rzeczy, ze zaczna chodzic do przedszkola/szkoly. Jednym slowem bedzie latwiej.
    To co piszecie o tym jak widzicie polski moms club jest... smutne.
    Mysle, ze tutaj takie akcje maja szanse powodzenia, dlatego, ze ludzie czesto sie przenosza i w zwiazku z tym nie maja w poblizu dalszej rodziny, przyjaciol z czasow szkoly czy studiow. Tak naprawde nie ma znaczenia, czy przenioslam sie na Dziki Zachod z Europy czy z ze wschodniego wybrzeza. W jednym i w drugim przypadku jestem zdana sama na siebie. Kobiet takich takich jak ja spotkalam tutaj bardzo wiele.

    OdpowiedzUsuń
  12. Droga Zimno, nie wyobrażam sobie, żebyś nie pisała. Potwierdzeniem potrzeby Twojego ekshibicjonizmu, jak to już kiedyś wspomniałaś, jak równiezżpewnie innych matek-blogerek, był dla mnie mail od swieżo upieczonej Matki. Ma dwomiesieczną córeczkę i napisała mi, że bloga ławiej się czyta niż książki, które ciężko utrzymac przy karmieniu dzieciątka, a przy tym można nawet się nauczyć posługwania myszki ręką odwrotną do zazwyczaj używanej:-))I pewnie tak - chwilowo jest się wykluczonym, ale zgadzam się, że tak samo czy nie gorzej wyklucza praca, choroba, brak środków.
    A Twoja gadanina naprawdę idzie głębiej. I jeszcze poziom językowy u-a podziwiam, chapeau bas!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. => melchiza: zrobiłaś mi popołudnie. dzięki :))))))))))))

      Usuń