niedziela, 11 grudnia 2011

2.033

Marcepanek
święci
ranek
umpa umpa. Nie idzie na ustępstwa. Świątek-piątek czy niedziela, o siódmej i trzy czwarte Silny zarządza desant na mój czerep.
- Oziwiaj sie! – krzyczy.
Małą pulchną łapką bezceremonialnie sprawdza mi puls. Funkcje życiowe weryfikuje personalnym czujnikiem wrażliwości na przeszywające dźwięki.
- No dalej, mama! Oziwiaj sie! – dla lepszego efektu Silny wkleja mokry dziobek-jak-malinkę w moją małżowinę.
Ożywiam się pobieżnie, po łebkach wręcz. Ożywiam się, choć co nieco nadal symuluję, że przecież wciąż śpię. Zaspaną ręką po omacku lokalizuję jasiek, choćby jeden. Chowam się cała pod wyszukanym sprzętem, zwijam pod nim w precel.
- Mama, no, oziwiaj sie … - błaga Silny
Nie mam takiej wyszukiwarki, więc nie sprawdzę, bo ręcznie się nie da, ile razy już tu pisałam o niedospanej sobocie i niedzieli, o ważkim problemie niemocy, o realnej niemożności zapadnięcia w rozkoszny weekendowy letarg i przespania ciurkiem do jedenastej. Albo do pierwszej. Żaden znany mi osobiście nielat poniżej piątego roku życia nie dba o kompromisy o świcie. 
O świcie 
rusza
z życiem
umpa umpa.


- Nie można być cicho??? – Erna nadciąga tornadem, z łopotem szerokich piżamowych nogawek, z rozwianym włosem, z torbą-Babrochą w ręce. – NIE MOŻNA TU BYĆ CICHO??? JA TAM ŚPIĘ!
Erna jest rozsierdzona, Silny za to szczęśliwy. 
Już nie śpisz, córko, chciałoby się rzec, ale się nie rzecze, żeby nie pogłębiać rozdrażnienia.
- OBUDZILIŚCIE MNIE! – prycha Erna.
I z trudem się daje przebłagać Silnemu, że tuż-przed-ósmą w niedzielę jest świetną porą na niewielki melanż.



- Laciego na dół łosy mama ma? – słyszę przez lekki sen. – I do góji?
Drobna krągła łapka przeczesuje mi splątany kędzior.
Erna coś tłumaczy Silnemu, ale nie rozpoznaję słów, docierają do mnie tylko stłumione poduszką dźwięki.
- Ogjomne mama łosy ma … - zasępia się Silny.
Ogromnie gadatliwe mam kolejne dziecko.

Hi hi hi!!!!



-----------------
A jutro rano przy porannej kawie w firmowej kuchni [albo w drodze do pracy przez telefon, ewentualnie w windzie] weekendowi imprezowicze zwierzą się sobie z powrotów z knajpy lodowatym sobotnim świtem i z ciężkich skroni do popołudnia [tak, tak, ja też – przytakną im inni imprezowicze], rodzice drobiazgu natomiast, kasta poniżej pariasa, matki i ojcowie małych dzieci uścisną sobie metaforycznie ręce w geście pokrewnej solidarności.
Tak tak, mnie moje też wyrwało ze snu o piątej/o szóstej/o wpół do siódmej w niedzielę i nie dało się zbyć bajką na dvd ani kuszącą propozycją cichego przeglądania książeczki.
Mnie moje o siódmej
a twoje?
całą noc?
żartujesz
moje do trzeciej.




Na bogów greckich, doprawdy jesteśmy w tym nudni, mdli, jak owsianka, jak rozmemłane płatki w stęchłym mleku, my, kasta poniżej pariasa - rodzicielscy niewyspani malkontenci.



czwartek, 8 grudnia 2011

2.032

Po południu gnieździmy się w kuchni.
Erna wycina i skleja i zapełnia grafikami kolejne skrawki.
Silny gna na trójkołowcu, Nowy Człowiek snuje się to tu, to tam.
Obiad w toku, mrok za oknem. Pierwszy-śnieg-dziś-pada.

Chwila dekoncentracji, na moment się zawieszam między zaokienną zgęstniałą szarówką a reminiscencjami dnia [Nowy Człowiek mimochodem zadaje pytanie: mamo, a kto to jest pedofil? Ktoś, kto bardzo krzywdzi dzieci i sprawia mu to radość, odpowiadam], w roztargnieniu nie zwracam uwagi na garnek z parującymi pyzami i --- fuuu! Zamiast pyz na główne jest smrodliwa żenada.
Przytomnie leję strumień wody w skwierczącą, czarną skorupę z dna.
- Mamo, - pyta Erna. Uśmiecha się ładnie. – A gdy ja będę mamą, też mi się będzie garnek przypalał?
W kuchni cuchnie z przytupem, zaimponowałam nielatom.
- A laczego? – zastanawia się Silny, dziś-uroczy-marcepanik.
Nowy Człowiek nadciąga z kwestią, kim jest żul, a czym żubrówka, czy tym samym, co piwo żubr, z grubsza mu znane z reklamy. Moją matkopedię dopada wątpliwość, czy aby na pewno optymalnie objaśniam. Przy czym wiem, że nielaty nie oczekują reasumpcji z moich wątpliwości, nadal chcą – i to wszyscy – wizji świata.

Cóż, alkohol i pedofilia, o tym się już rozmawia, a przecież między czasem, kiedy Nowy Człowiek indagował dobrodusznie „laczego” a teraz minął nie więcej, niż kwadrans.

Wizja świata.
Zaraz mi ją storpedują.
Nie wypada im sprzedawać dyrdymałów.



… Z wiarą natomiast w Świętego Mikołaja było tak.
Któregoś dnia Nowy Człowiek wykrzyczał w gniewie, że już nie wierzy w te bajki. Więcej, spytał wprost, gdzie chowam dary od Mikołaja i czy na przykład – o buacha cha cha – w garażu, czy też być może w szafach [a jeśli tak, to w których, chętnie sprawdzi].

Odpowiedziałam mu swoją wersją – nie jest logicznie spójna, jak to wiara – że obojętnie, co sądzi o ewentualnym przybywaniu tu brodatego starca z zaprzęgiem reniferów, to i tak ludźmi robiącymi sobie niespodzianki 6 grudnia kieruje duch Świętego Mikołaja, filantropa sprzed wieków. A kto nie wierzy, niech nie liczy na podarki.

Nowy Człowiek westchnął, sapnął, poddał milczącej ocenie dostępne dane. Mam niejasne przeczucie, że nadal mu trzeba magii.

Bez szemrania obrał, jak co roku, marchew. Ustawił but w korytarzu.

Święty się spisał. Nadspodziewanie dobrze znał oczekiwania nielatów.



Dlatego teraz Erna kompulsywnie uruchamia małą, plastikową fokę z marzeń, z funkcją pomykania. Foka tup-tup-tup, człapie wzdłuż brzegu stołu. Traci przyczepność, spada.
- Mamo, a Erna się uzależniła od tej foki! – wykrzywia się Starszy Brat.
Temat uzależnień też dyskutowaliśmy, w kontekście gadżetu z klawiaturą, kieszenią na gry i ekranem.
- A co to znaczy zależniła? – pyta Erna.
- Że w kółko o niej myślisz – wyjaśnia samozwańczy Kotański. - i ciągle chcesz się nią bawić.
- Nie tak w kółko, - Erna zreanimowała fokę, zabawka znów mknie ochoczo - tylko taką pjostą linią …
Na końcu prostej linii jest ściana, foka się zderza z murem z impetem, przewraca.
Bezradnie macha płetwami.




niedziela, 4 grudnia 2011

2.031

Erna uniosła ćwiartkę suchej buły przy stole do śniadania.
- A w jakim języku mówi się – spytała, łypiąc na mnie poważnie. – w Wajszawie?

Bo warto mieć taką wiedzę przed pierwszym kontaktem z tubylcami.
Nowy Człowiek prychnął i parsknął. Silny zamachnął się nieistniejącą klingą.
- Ka-bum! Nieczem ja! – sarknął.
Kawa stygła, jajecznica tężała.

Nasza wyprawa do stolicy okazała się wydarzeniem nie byle jakim. W piątkowy wieczór, zamiast przedweekendowej agonii i prania, podekscytowane nielaty przepychały się na warszawskich kanapach.
- Kosi! Kosi! Tap! – szalał Silny. – KOOO-SI!

I przerzucał się na lewo i prawo między kołdrami, poduszkami.
- Siiil-nyyy! TU SIĘ ŚPI! – dyscyplinowała go Erna. – Jak chcesz zrzędzić, to od tego jest dzień!
- A ja i tak wiem,
- Nowy Człowiek wyrozumiale chwycił mnie za przedramię. – że ci będzie brakowało twojego prania.




Brakowało mi całkiem nieznacznie.
Przypuściliśmy ostrożny zimno.lans na gali blogo-dbajek.

Mam się w książce. To ciekawe ;)