Z rozkoszną satysfakcją czytałam wczorajszy felieton Krzysztofa Vargi [i to nie tylko dlatego, że punkt wyjścia tekstu w Zygmuncie Baumanie z definicji zmiękcza mi percepcję].
Wyborna rzecz!
Tydzień temu doświadczyłam niejakiej żenady, z trudem trawiąc peany zachwytu Pauliny Reiter nad rzekomo artystowskim wymiarem „rozliczania się z rodziną” - ewentualnie z samym sobą - przez artystów zamienicie debiutujących w stołecznych galeriach. Co prawda nie stawiłam osobiście czoła dziełu sprowadzającemu się do filmowej relacji z biegu artysty z rodzicami przez obrotowe drzwi supermarketu [co jest rzekomo alegorią ucieczki tychże przed sobą a jednocześnie ich nierozłączności, sam opis wydarzenia zachęca jak-nie-wiem-co], więc punkt wyjścia do ewentualnej krytyki mam mierny, ale w istocie nie chodzi ani o ten konkretny film, którego nie widziałam, ani nie o tamten z operacji ekstrakcji jąder [och, naturalismo!]. Fascynujący jest sam temat kulturalnego supermarketu w internecie/we współczesnym świecie, co z grubsza jest tożsame. Chyba.
Bo czy „rozliczanie się z sobą” [albo z własną rodziną] w sztukach wizualnych nie jest czymś na kształt blogowej wersji sztuki, czymkolwiek by ona nie była? A przecież bloga każdy może, lepiej lub gorzej. Każdy nosi w sobie własną historię, bolesną, banalną, miałką albo dramatyczną, niektórzy zresztą w tym samym etui, w którym mają rozliczenie się ze sobą, z matką albo z ojcem, z nieaktualnym partnerem, z przeszłością, z kolegą/z koleżanką, ze zmarłymi, których źle pożegnał.
Nie jestem natomiast pewna, czy opowiedzenie własnej historii jest już sztuką, olaboga [rzecz jasna wbijam sobie tym samym coś na kształt samobója, ale po dziewięciu latach czas się wzbić na poważną refleksję]. Są oczywiście wyjątki i dzienniki Virginii Woolf albo pamiętniki Iwaszkiewicza, ale artystyczny kaliber „własnych historii” po większej części jest, jak na moje oko, wątpliwy.
Sztuka jest fikcją, magią, jest umiejętnością opowieści. I z pewnością w dużej części wypadków bazuje na indywidualnym doświadczeniu, ale opowieściom z życia w funkcji 1:1 bliżej pewnie do bełkotu, niż do arcydzieła.
Więc z pokorą obrabiam mój ogródek, ten na odświeżająco białym tle też i nie mam pretensji do ponadczasowego wymiaru historii z udziałem własnych zstępnych. Co prawda gorliwie się zgadzam z tezą, że dzieci i rodziców łączy amalgamat niezbędności i pragnienia rejterady, ale nie zamierzam się z tym udawać w obrotowe drzwi supermarketu.
Powiedziałam.
Natchniona porywającą prozą felietonową Krzysztofa V. ;)
… a teraz pomiziać złote, śpiące główki autorskiej produkcji nieletnich - czyż nie optymalnie szmirowate zwieńczenie monologu o tandecie?
piątek, 28 października 2011
poniedziałek, 24 października 2011
2.022
Nowy Człowiek łypnął na mnie ponuro.
- A ja wiem, jaka będzie przyszłość. – rzekł.
Zabrzmiało groźnie. Spytałam:
- No?
Nowy Człowiek wziął głęboki oddech.
- Wiem, że nigdy nie dostanę Gwiazdy Śmierci ...
Bingo.
Nowy Człowiek wbił we mnie świdrujący wzrok.
Tak, zgadłeś, przepowiednia godna Nostradamusa. Przyoblekłam twarz w posępne potwierdzenie.
- Nigdy … - smutno powtórzył Nowy Człowiek.
[Mogłabym się tu wypowiedzieć na temat wątpliwej etyki sprzedaży zestawu klocków w cenie równej średniej krajowej. Znam osobiście jeszcze co najmniej jednego nielata, który - gdyby mógł - pomodliłby się do pudła wielkości, mniej więcej, Silnego w pozycji pół-kucznej. Bezsprzecznie - ta firma potrafi stymulować pragnienia finalnych odbiorców. Ucięliśmy sobie z Nowym Człowiekiem pogawędkę o tym, że za cenę Gwiazdy Śmierci można kupić komputer. Nie mówiąc o istotniejszych potrzebach potrzebujących. Smród dydaktyczny plus chłodna kalkulacja tudzież lista finansowych rodzinnych konieczności.
Nigdy! Nieuchwytna pretensja zapuściła głębokie korzenie na nowoczłowieczym czole.]
Tymczasem zegar odliczył nieubłaganie nieliczne minuty pozostałe do kąpieli o ósmej – jeżeli nie zaczniemy kąpieli o ósmej, następnego ranka o siódmej stoczę dwie równoległe bitwy z półprzytomnymi lokatorami łóżek. A nie jest to mój wymarzony poranny sport.
- Tygodniówka! – huknęłam groźnie.
Nowy Człowiek się nadął, naburmuszył.
Jest zbyt zmęczony na odrabianie lekcji, mruknął.
Huknęłam ponownie.
- Ty byś nie wytrzymała nawet godzinki w szkole! – jęknął adept podstawówki.
No, no, no. Drętwa argumentacja o liczbie skończonych przeze mnie szkół.
Mam nieprzeparte wrażenie, że w genach rodzicielstwa jest jakaś klisza, wiążący szablon rozmowy z dzieckiem u progu buntu. Inne pewnie też są. To te same argumenty i ten sam ton, który blado pamiętam w uszach z czasów, kiedy byłam po drugiej stronie.
Nowy Człowiek nie dał się skonfundować.
- Po prostu było wtedy znacznie łatwiej w szkole. – mruknął.
Ciekawy argument. Też poniekąd z wzorca.
- Lekcje trwały tylko godzinkę, prawda. – Nowy Człowiek jął się popisywać wiedzą na temat systemu szkolnictwa w gasnącej komunie.
Zanim się zabraliśmy do tygodniówki – my, bo nadal jestem niezbędnym edukacyjnym toporem – minęły kolejne minuty.
Ojciec dzieciom zapytał mimochodem, czy się dokądś wybieram wieczorem.
Nie, sprawdzam tylko czas, rzekłam, czy nadal dobry.
Czy, jak zwykle, poślizg.
- A ja wiem, jaka będzie przyszłość. – rzekł.
Zabrzmiało groźnie. Spytałam:
- No?
Nowy Człowiek wziął głęboki oddech.
- Wiem, że nigdy nie dostanę Gwiazdy Śmierci ...
Bingo.
Nowy Człowiek wbił we mnie świdrujący wzrok.
Tak, zgadłeś, przepowiednia godna Nostradamusa. Przyoblekłam twarz w posępne potwierdzenie.
- Nigdy … - smutno powtórzył Nowy Człowiek.
[Mogłabym się tu wypowiedzieć na temat wątpliwej etyki sprzedaży zestawu klocków w cenie równej średniej krajowej. Znam osobiście jeszcze co najmniej jednego nielata, który - gdyby mógł - pomodliłby się do pudła wielkości, mniej więcej, Silnego w pozycji pół-kucznej. Bezsprzecznie - ta firma potrafi stymulować pragnienia finalnych odbiorców. Ucięliśmy sobie z Nowym Człowiekiem pogawędkę o tym, że za cenę Gwiazdy Śmierci można kupić komputer. Nie mówiąc o istotniejszych potrzebach potrzebujących. Smród dydaktyczny plus chłodna kalkulacja tudzież lista finansowych rodzinnych konieczności.
Nigdy! Nieuchwytna pretensja zapuściła głębokie korzenie na nowoczłowieczym czole.]
Tymczasem zegar odliczył nieubłaganie nieliczne minuty pozostałe do kąpieli o ósmej – jeżeli nie zaczniemy kąpieli o ósmej, następnego ranka o siódmej stoczę dwie równoległe bitwy z półprzytomnymi lokatorami łóżek. A nie jest to mój wymarzony poranny sport.
- Tygodniówka! – huknęłam groźnie.
Nowy Człowiek się nadął, naburmuszył.
Jest zbyt zmęczony na odrabianie lekcji, mruknął.
Huknęłam ponownie.
- Ty byś nie wytrzymała nawet godzinki w szkole! – jęknął adept podstawówki.
No, no, no. Drętwa argumentacja o liczbie skończonych przeze mnie szkół.
Mam nieprzeparte wrażenie, że w genach rodzicielstwa jest jakaś klisza, wiążący szablon rozmowy z dzieckiem u progu buntu. Inne pewnie też są. To te same argumenty i ten sam ton, który blado pamiętam w uszach z czasów, kiedy byłam po drugiej stronie.
Nowy Człowiek nie dał się skonfundować.
- Po prostu było wtedy znacznie łatwiej w szkole. – mruknął.
Ciekawy argument. Też poniekąd z wzorca.
- Lekcje trwały tylko godzinkę, prawda. – Nowy Człowiek jął się popisywać wiedzą na temat systemu szkolnictwa w gasnącej komunie.
Zanim się zabraliśmy do tygodniówki – my, bo nadal jestem niezbędnym edukacyjnym toporem – minęły kolejne minuty.
Ojciec dzieciom zapytał mimochodem, czy się dokądś wybieram wieczorem.
Nie, sprawdzam tylko czas, rzekłam, czy nadal dobry.
Czy, jak zwykle, poślizg.
sobota, 15 października 2011
2.021
Erna, cesarzowa chaosu, władczyni absolutna na nieładzie w pokoju patrzy na mnie parą najpiękniejszych oczu. [Chwilę wcześniej dałam upust emocjom na temat kolejnej nieoczekiwanej inwentaryzacji książek z półek na podłodze. I płyt. Sobota, ogarnianie nieporządku. Współpracować, - gardłuję, - nielaty współpracować! Efekt nie jest piorunujący.]
- Mama, a jeszcze chciałam cię o jedno zapytać. – Erna wbija we mnie ufny wzrok. - A czy łatwo być kjólową?
- Cóż, - odpowiadam. – nie wiem.
Nie bywałam do tej pory, ale się cieszę, że uważasz, że mogłam.
Tu jakaś układanka na podłodze, tutaj para butów. Gazety z całego tygodnia, przyniesione ze szkoły rysunki.
- Mama, nie juszaj się! – znienacka zarządza Erna.
Przytaszczyła łazienkowy podnóżek i usiadła na nim, układając nogę na nodze.
- Nie juszaj się, będę cię pojtjetować!
- A ja tesz! – wykrzykuje Silny.
Omiata wzrokiem okolicę, szuka czegoś, na czym mógłby … spocząć ;)
Później wybieram – bo Erna prowadzi elastyczną firmą portretową – jaką chcę fryzurę [wchodzi w grę dowolne uczesanie i kolor], jakie mankiety, jaką długość falbany przy królewskiej sukni. I uprzątam, uprzątam, składam nieład w kupki.
- Mama! Czekaj! – irytuje się Erna. – Zakłócasz mi! Jak mam cię spojtjetować?
W ruchu?
Wreszcie para najpiękniejszych oczu patrzy na mnie z wiarą, nadzieją etc. i dzierży w wyciągniętych dłoniach najwspanialszy portret. Długie, purpurowe pukle spływają mi na nim kaskadą na zielono-złotą suknię a oczy mam, jak dwa górskie stawy, od brody do czoła.
- Mama ... wiesz ... - szepce Erna. – ja lubię cię i dlatego cię pojtjetuję, żebym cię zapamiętałam …
- A ja tesz! – wykrzykuje Silny.
Serduszka, uściski, puchate gołąbki.
***
Znakomity wywiad z Marią Anną Potocką w dzisiejszych WO.
DyrektOR Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie w piśmie i w mowie „konsekwentnie używa końcówek męskich”.
„Uważam, że nasz język nie jest gotowy na „damszczyznę”. Ciągle kretynka czy idiotka brzmią naturalniej niż premierka. Sam język wyśmiewa tę formę. Premier czy artysta to przede wszystkim ludzie a nie płci. (…) Poza tym artysta to forma prawie żeńska. W końcu nie mówi się artyst.”Sama nie wymyśliłabym. Przyznaję z szacunkiem, że b. dobre.
- Mama, a jeszcze chciałam cię o jedno zapytać. – Erna wbija we mnie ufny wzrok. - A czy łatwo być kjólową?
- Cóż, - odpowiadam. – nie wiem.
Nie bywałam do tej pory, ale się cieszę, że uważasz, że mogłam.
Tu jakaś układanka na podłodze, tutaj para butów. Gazety z całego tygodnia, przyniesione ze szkoły rysunki.
- Mama, nie juszaj się! – znienacka zarządza Erna.
Przytaszczyła łazienkowy podnóżek i usiadła na nim, układając nogę na nodze.
- Nie juszaj się, będę cię pojtjetować!
- A ja tesz! – wykrzykuje Silny.
Omiata wzrokiem okolicę, szuka czegoś, na czym mógłby … spocząć ;)
Później wybieram – bo Erna prowadzi elastyczną firmą portretową – jaką chcę fryzurę [wchodzi w grę dowolne uczesanie i kolor], jakie mankiety, jaką długość falbany przy królewskiej sukni. I uprzątam, uprzątam, składam nieład w kupki.
- Mama! Czekaj! – irytuje się Erna. – Zakłócasz mi! Jak mam cię spojtjetować?
W ruchu?
Wreszcie para najpiękniejszych oczu patrzy na mnie z wiarą, nadzieją etc. i dzierży w wyciągniętych dłoniach najwspanialszy portret. Długie, purpurowe pukle spływają mi na nim kaskadą na zielono-złotą suknię a oczy mam, jak dwa górskie stawy, od brody do czoła.
- Mama ... wiesz ... - szepce Erna. – ja lubię cię i dlatego cię pojtjetuję, żebym cię zapamiętałam …
- A ja tesz! – wykrzykuje Silny.
Serduszka, uściski, puchate gołąbki.
***
Znakomity wywiad z Marią Anną Potocką w dzisiejszych WO.
DyrektOR Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie w piśmie i w mowie „konsekwentnie używa końcówek męskich”.
„Uważam, że nasz język nie jest gotowy na „damszczyznę”. Ciągle kretynka czy idiotka brzmią naturalniej niż premierka. Sam język wyśmiewa tę formę. Premier czy artysta to przede wszystkim ludzie a nie płci. (…) Poza tym artysta to forma prawie żeńska. W końcu nie mówi się artyst.”Sama nie wymyśliłabym. Przyznaję z szacunkiem, że b. dobre.
Subskrybuj:
Posty (Atom)