Silny rysuje czarną kredką na ciemnozielonym tle, ustępstwem jest granatowy albo fiolet, mroczne maziaje ścierają się ze sobą na kartce albo – oj tam, oj tam – na stole, podaję Silnemu czysty papier i ewakuuję kolejne arkusze złowrogiej ekspresji, kwintesencji dziecięcej radości .
[W tym miejscu wypada odetchnąć z ulgą, że Silnego nie testują akurat na okoliczność przemocy domowej albo na temat postrzegania swojej osoby . Dla mnie czarny jest ok i wykazuję olimpijski spokój, bo przykład starszych nielatów wskazuje, że konsekwencją okresu gotyckiego w dziecięcym rysunku jest epoka pastelowych wzorków, koników, łączek, serduszek.
Oraz kotków.]
Nowy Człowiek nie rysuje. Odrabia zadania domowe. Ścieramy się co chwila, jak rozsierdzone koguty, bo on twierdzi, że liczy się tempo, ja natomiast – nudziara! – upieram się przy jakości.
- To jest koszmar mojego dzieciństwa! – wykrzykuje Nowy Człowiek. - Nie mam tego w genach! Nienawidzę pisać!
Po czym kartka się zapełnia rzędami równiutkich zdań, z ą i ę o koczkodanich ogonkach.
Jak zapewnić optymalny odstęp między wyrazami?
- Spacja! – pod nosem mantruje Nowy Człowiek.
Erna podnosi głowę znad kartki i nie przestając tworzyć zadaje jedno z kanonicznych pytań:
- Mama, a jak się nazywa życie w niebie? Lub w piekle? I ono się ciągnie w nieskończoność?
albo:
- A kiedy Pan Bóg ma urodziny? A skąd się biorą w niebie aniołki?
[Że urodziny Pana Boga są w Boże Narodzenie? Zapomnij. Nie chodzi o TEGO Pana Boga.].
Silny narzeka:
- Nie uda! Mama, pacz! Nie uda! Idzisz?
I załamuje ręce, ponuro kiwa głową.
Beztroskie ciemne popołudnie.
Tak nudne, że mimochodem przeglądam „Przekrój”.
O, patrz, świeży Raczkowski ;)))))))))))))
źródło: Przekrój nr 45 (3463) z 7 listopada 2011