Żywieniowo-obyczajowy kontredans kontynuujemy przy śniadaniu.
Trzy kroki w przód, schodzimy do jadalni szeroką ławą.
Pierwszy jest Nowy Człowiek, na długich nogach, w podskokach gna się rozeznać, czy dowieźli cytrynową herbatę. Za nim podąża Erna, kapkę nadąsana, jak zwykła być co rano, cała w warkoczach, cała w gestach wykonywanych z emfazą, za to bez klapek, demonstracyjnie pogubionych na trasie. Później ja z Silnym u boku i słoikiem czekolady.
- Króliczku mały … - mamroczę w napadzie egzaltacji.
- Jestem … KJOWOM! – chichocze Silny. – JESTEM KJOWOM, MAMA! MUUUU!!! MUUUU!!! KJOWOM! MUUUU!!!
Wspaniale.
Pochód zamyka Ojciec Dzieciom z kartą do pokoju, ze śniadaniowymi akcesoriami … Krowy, z moją książką i z zapasową paczką herbaty cytrynowej.
Teraz każda para po dwa kroki w prawo. I obrót przez lewe ramię.
Szukamy stołu o parametrach wystarczających na obsadzenie go bandą.
Zespół Bitumicznej Ekstazy, mistrzowie samodyscypliny i luminarze wczesnego wstawania monopolizują centralną część jadalni. Wilgotne, obniżone od wczorajszego wieczoru basy poddają drobiazgowej analizie śródnocne zachowania społeczne własne (my poszliśmy o wpół do czwartej, a wy? o której? o, cha cha cha cha) i kolegi Marka. Kolega Marek/ butelka/ łazienka/ paw, a dalej to już tylko ustawa o ochronie danych osobowych, GIODO i prokurator. Tak czy inaczej - za wcześnie, Marku, koledzy twierdzą, że żenada, że Marek wysiadł o wiele długości zanim. Pararam-para.
Lepkie rechotanie.
- Mamo, a o czym oni rozmawiają? – pyta Nowy Człowiek.
I dlaczego tak donośnymi głosami.
W kontredansie następuje krótki galop, sześć kroków w podskokach między bufetem a krzesłami. Ukłon.
Nowy Człowiek się zawiesza nad filiżanką bez herbaty.
Kontempluje Mount Cukrovest na dnie, nierozpuszczoną zawartość pięciu tutek cukru.
Kanapka, Nowy Człowieku, tu czeka kanapka. Bułka z czekoladą.
Am am am.
W okolicach masła natykam się na Buraczkowego. Buraczkowy jest dzisiaj odziany, w odcieniach cery różano-fioletowy i nadal samiec alfa, półgłosem referujący koledze o półprzytomnym wyrazie twarzy walory kolejnych baz brunetki, jak się domyślam, tej w kardiganie.
Kiedy wracam po dokładkę (chleba bułek sera masła) Buraczkowego opadają wątpliwości moralne i się radzi Nieprzytomnego, czy aby nie posunął się za daleko z brunetką (a na imię jej Marta) na forum firmowym plenarnym.
- Eee. – poczytalność arbitra jest sporna, acz zainteresowani nie przywiązują do tego wagi. – eee, - mruczy Nieprzytomny.- tylko … tak ją … tak … na kolanach, tego, trzymałeś ...
Absolucja się dokonała.
W kontredansie kilka posuwistych kroków, powiedzmy, że po dwa w lewo, dwa w prawo.
Erna podłubała w płatkach i oto już zwisa z krzesła.
- Już nie mogę! – płacze. – Dużo zjadłam!
- Ja tesz dużo zjadłem! – uruchamia się Silny. Uruchamia się Krowa. Korzysta ze świeżo nabytej mowy, jak z nieopatrzonej jeszcze zabawki. – Mjenso! I sos! I makajon! I żelki!
Na jednym wydechu.
- Z porannych potrzeb tylko zjadłem. – Buraczkowy pełnym głosem zabawia załogę Bitumicznej Ekstazy.
- Mama, a to jest twoje ulubione śniadanie, że ci nie uciekamy? – pyta Erna.
Znowu siedzi, zamaszyście wywija sztućcami, kończy płatki.
Mhm, ulubione. Tak.
- Mogę się przejść? – reflektuje się Erna. - Bo mi nogi ścierpły.
Silny pyta:
- Mama, a mogę iś nadó?
- Jacek, a ty to masz trzy żołądki, Jacek. – zaśmiewa się gromko pracownica Bitumicznej Ekstazy.
W kontredansie tancerze wykonują ceremonialny dyg i się rozchodzą do swoich zajęć.
sobota, 25 lutego 2012
czwartek, 23 lutego 2012
2.045
Najpierw jest kwadrans mozolnego utrwalania konfiguracji nakryć. Ten nie tu, tamta nie przy tym, gra w gorące krzesła, dla tego herbata, trochę gimnastyki jak znalazł jako wstęp do kolacji, orzeźwiające preludium posiłku, dla mnie kawa, ale na koniec, z ciastem, jałowa przepychanka nad pustymi talerzami.
- I sok jabłkowy!
Nie zrzuć!
Nie ciągnij!
Hejmały patrzpodnogi ciągnieszobrusdziewczyno.
Uważaj!
- Dzisiaj polecam państwu stół szwedzki, – postawna kelnerka nachyla się nade mną nieco, tak to zdaje się ujmują w fabułach, konfidencjonalnie. – smażone ziemniaczki, kurczaczek, tilapia, zupka szczawiowa z jajkiem …
- A ja bym chciał herbatę. – jęczy ktoś.
Jakiś młody głos.
- A tutaj pyszne sałatki … - dobra kobieta wskazuje na blat tuż za plecami fluktuujących nielatów i jednocześnie omiata życzliwym wzrokiem kłębiący się …
Drobiażdżek?
Ładne słowo, omiata.
- Dla nich to, co zwykle. – mówię. – Dwa razy frytki z nuggetsami. Bez keczupu.
Tak mówi ich matka, ich matka dobywa z siebie – też ładne słowo: dobywa – a więc dobywam z siebie westchnienie, prośbę, żądanie, żeby prędko, żeby jak najszybciej i bez zbędnej zwłoki.
- TO SAMO, CO ZAWSZE!
Bo dobre sobie, ależ to zabawne, o buacha cha, szczawiowa/sałatki/tilapia.
- Ja mam 149 a wy ile ile ile macie?
Czknięcie. Tak, bez wątpienia – to czknięcie. Dorodna brunetka spowita w krzywo spięty kardiganik ciężko opada na krzesło dwa stoliki dalej. A oczy jej … mój ty Boże, nie jak dwa szmaragdy, raczej jak dwa mętne bajorka na gładkiej, ładnej twarzy. Wyjazd integracyjny firmy Bitumiczna Ekstaza zaszczycił otóż nasz hotel. Integracja zaś, droga młodzieży, ma swoje prawa, alkohol podpijany ukradkiem w pokojach, jak na koloniach dla dwunastolatków w Dziwnowie albo w Rabce i damsko-męskie podchody na poziomie adekwatnym.
- Sto czterdzieści siedem. Siedem. Siedem. – bulgocze zataczający się towarzysz przystojnej pani. – Zaraz ci udowodnię … wodnię …
Znowu czknięcie. - Tu mam kartę! – i mężczyzna ciska na stół niezadrukowany, wyjąwszy chipowe oko, plastik do otwierania drzwi. – To jest moja karta … do sto czterdzieści …
- Mamo, a co się stało temu panu?
- Niemożliwe, ja mam 149. – zaśmiewa się ładna.
Stolik brunetki obrasta kolejnymi pracownikami Bitumicznej Ekstazy.
- Mamo, - Nowy Człowiek energicznie tarmosi mój rękaw. – CO SIĘ STAŁO TEMU PANU?
Pan, buraczkowy na twarzy, w samym tylko podkoszulku, brudnawym albo beżowym ewentualnie rzetelnie przebarwionym w praniu, ten pan tak wymachuje rękami, jakby zaraz planował nimi zanurkować pod sweterek pani. Nie zważając na liczne towarzystwo pracowników i handlowych reprezentantów ani na zawodową hierarchię.
Ten pan jest dzisiaj na koloniach i chce wyrwać tę panią.
- Ja państwa najmocniej przepraszam. – kelnerka wróciła z naręczem tac, z zestawem dzbanuszków i dzbanków, filiżanek, łyżeczek i podstawek. – Najmocniej przepraszam za to …
Kelnerka dobitnie przewraca oczami.
Aaa ta-da-da-da-DAAA!!!
- Silny, nie strzelaj do pani!
Silny, też na koloniach, rozpasany, upadły i zero manier – celuje do kelnerki z imaginacyjnego oręża, dźwięk wystrzałów imituje natomiast realnie.
- MAMO, KIEDY BĘDZIE MOJE DANIE? – Erna przewiesiła się przez siedzisko krzesła i zwisa, wymachując nogami.
O-ho-ho, stopy w tych czarnych rajtuzach ma całkiem przetarte. Ciekawe, ciekawe.
… więc Erna macha z nudów albo z dekadencji, albo skutkiem złego jedzenia (stężone izomery trans i cukier biały) oraz nadmiaru czasu.
- MAM STO CZTERDZIEŚCI DZIEWIĘĆ!!! – buzuje właściciel buraczkowej twarzy.
- O-ja-pier-
do
le.
Chichoce nasza sąsiadka i popija czkawkę drinkiem sex on the beach.
Ferie z młodzieżą spędziliśmy w odległym, posezonowym zakątku kraju.

- I sok jabłkowy!
Nie zrzuć!
Nie ciągnij!
Hejmały patrzpodnogi ciągnieszobrusdziewczyno.
Uważaj!
- Dzisiaj polecam państwu stół szwedzki, – postawna kelnerka nachyla się nade mną nieco, tak to zdaje się ujmują w fabułach, konfidencjonalnie. – smażone ziemniaczki, kurczaczek, tilapia, zupka szczawiowa z jajkiem …
- A ja bym chciał herbatę. – jęczy ktoś.
Jakiś młody głos.
- A tutaj pyszne sałatki … - dobra kobieta wskazuje na blat tuż za plecami fluktuujących nielatów i jednocześnie omiata życzliwym wzrokiem kłębiący się …
Drobiażdżek?
Ładne słowo, omiata.
- Dla nich to, co zwykle. – mówię. – Dwa razy frytki z nuggetsami. Bez keczupu.
Tak mówi ich matka, ich matka dobywa z siebie – też ładne słowo: dobywa – a więc dobywam z siebie westchnienie, prośbę, żądanie, żeby prędko, żeby jak najszybciej i bez zbędnej zwłoki.
- TO SAMO, CO ZAWSZE!
Bo dobre sobie, ależ to zabawne, o buacha cha, szczawiowa/sałatki/tilapia.
- Ja mam 149 a wy ile ile ile macie?
Czknięcie. Tak, bez wątpienia – to czknięcie. Dorodna brunetka spowita w krzywo spięty kardiganik ciężko opada na krzesło dwa stoliki dalej. A oczy jej … mój ty Boże, nie jak dwa szmaragdy, raczej jak dwa mętne bajorka na gładkiej, ładnej twarzy. Wyjazd integracyjny firmy Bitumiczna Ekstaza zaszczycił otóż nasz hotel. Integracja zaś, droga młodzieży, ma swoje prawa, alkohol podpijany ukradkiem w pokojach, jak na koloniach dla dwunastolatków w Dziwnowie albo w Rabce i damsko-męskie podchody na poziomie adekwatnym.
- Sto czterdzieści siedem. Siedem. Siedem. – bulgocze zataczający się towarzysz przystojnej pani. – Zaraz ci udowodnię … wodnię …
Znowu czknięcie. - Tu mam kartę! – i mężczyzna ciska na stół niezadrukowany, wyjąwszy chipowe oko, plastik do otwierania drzwi. – To jest moja karta … do sto czterdzieści …
- Mamo, a co się stało temu panu?
- Niemożliwe, ja mam 149. – zaśmiewa się ładna.
Stolik brunetki obrasta kolejnymi pracownikami Bitumicznej Ekstazy.
- Mamo, - Nowy Człowiek energicznie tarmosi mój rękaw. – CO SIĘ STAŁO TEMU PANU?
Pan, buraczkowy na twarzy, w samym tylko podkoszulku, brudnawym albo beżowym ewentualnie rzetelnie przebarwionym w praniu, ten pan tak wymachuje rękami, jakby zaraz planował nimi zanurkować pod sweterek pani. Nie zważając na liczne towarzystwo pracowników i handlowych reprezentantów ani na zawodową hierarchię.
Ten pan jest dzisiaj na koloniach i chce wyrwać tę panią.
- Ja państwa najmocniej przepraszam. – kelnerka wróciła z naręczem tac, z zestawem dzbanuszków i dzbanków, filiżanek, łyżeczek i podstawek. – Najmocniej przepraszam za to …
Kelnerka dobitnie przewraca oczami.
Aaa ta-da-da-da-DAAA!!!
- Silny, nie strzelaj do pani!
Silny, też na koloniach, rozpasany, upadły i zero manier – celuje do kelnerki z imaginacyjnego oręża, dźwięk wystrzałów imituje natomiast realnie.
- MAMO, KIEDY BĘDZIE MOJE DANIE? – Erna przewiesiła się przez siedzisko krzesła i zwisa, wymachując nogami.
O-ho-ho, stopy w tych czarnych rajtuzach ma całkiem przetarte. Ciekawe, ciekawe.
… więc Erna macha z nudów albo z dekadencji, albo skutkiem złego jedzenia (stężone izomery trans i cukier biały) oraz nadmiaru czasu.
- MAM STO CZTERDZIEŚCI DZIEWIĘĆ!!! – buzuje właściciel buraczkowej twarzy.
- O-ja-pier-
do
le.
Chichoce nasza sąsiadka i popija czkawkę drinkiem sex on the beach.
Ferie z młodzieżą spędziliśmy w odległym, posezonowym zakątku kraju.
wtorek, 21 lutego 2012
2.044
Na fali skojarzeń wszystkiego z jednym i kobiecej opowieści, która daje siłę nieuchronnie zmierzam w stronę godnego podziwu coming outu Danuty Wałęsy i – chociaż to nie moja działka – recenzji.
Tak, wyznanie Danuty Wałęsy mnie zachwyca. Tak, unieważniam wszystko, co do tej pory mówiłam/jątrzyłam o pani D.W.. Tak, ta kobieta zrobiła rzecz ważną i wielką.
„Marzenia i tajemnice” połknęłam z łapczywością, mlaszcząc z każdą kolejną stroną donośniej i głośniej, wręcz z zachwytu siorbiąc litery. Książka bije rekordy sprzedaży, a że się plasuje w rankingach gdzieś między Cukiernią pod Amorem a Paulo Coelho, to odnoszę wrażenie, że sama ewentualność wzięcia jej do ręki, nie wspominając o lekturze wydaje się niektórym obciachowa. Niesłusznie. Bo warto, warto wręcz z przytupem, warto ze wszystkich tych względów, dla których warto się otworzyć na kobiece wyznania i na herstory. Herstory Danuty jest tym mocniejsza, że rewers wersji kobiecej, wersja Lecha jest taka spektakularna, mężczyzna z tej opowieści ma utrwalone miejsce w historii, nagrodę Nobla i już jest ikoną tego i owego, niczego mu nie ujmując i nie pomniejszając zasług.
Któryś z recenzentów napisał, że Danuta popełniła pięciuset stronnicowy list do męża. Owszem, ale ten list ma niewątpliwy walor uniwersalności. Danuta, postrzegana do tej pory jako żonamęża, postać z drugiego planu, konieczna, ale przezroczysta, tło nieledwie wychodzi oto z kuchni, z zaplecza, zza kulis do pierwszego rzędu. Dotychczasowa statystka ma w zanadrzu wielką improwizację, drugi plan – a to wstrząs! - mówi i myśli. Co więcej, okazuje się, że drugoplanowa Danuta myślała i miała refleksję przez cały ten czas, kiedy się zlewała z tłem. Nie wiadomo tylko, dlaczego dotąd milczała. Być może przez to, że jeszcze do przedwczoraj miała nadzieję, że mąż się domyśli.
Mąż się jednak nie domyślił, bo go wychowano do patriarchatu, a to jednostronnie wygodny układ damsko-męski.
Danuta jawi mi się ponad wszystko jako kobieta ze swojego pokolenia. Jest z generacji kobiet, które prowadziły dom i wychowywały dzieci w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Opowieść Danuty jest – owszem - fabularnie ciekawa i niezwykła, bo Danuta a to się spotyka z papieżem, a to gotuje z koleżankami obiad dla amerykańskiego prezydenta (rozczula mnie prostolinijność tych opisów i niepodważalny brak zadęcia), ale po odsączeniu fabularnych osobliwości - list statystycznej PaniKrysi do statystycznego PanaZbyszka byłby o to uboższy, bez wątpienia - pozostaje istotny manifest.
Danuta, w przeciwieństwie do swoich ziomalek z kolejki po mięso/po dywan/po relaksy dla całej rodziny nie wciska kitu, że ja to dopiero miałam ciężko, nie wiem, na co ty narzekasz. Znacie to? Te kąśliwe riposty matek, ciotek, teściowych w rodzaju za moich czasów nie było pampesów, codziennie prałam i suszyłam tetrę, niejęczmitu. Każda potencjalna skarga na niewygody bycia żoną-matką-pracownicą jest ucinana repliką, że za moich czasów nie było tego ani tamtego, na półkach w sklepie stał ocet, a dałam radę.
Dałam radę więc i ty dasz.
Cicho bądź.
Tymczasem nie idzie tu przecież wyłącznie o techniczne aspekty przewinięcia niemowlęcia albo o ilość i jakość składników do przygotowanie posiłku. Głównie, zdaje się, chodzi o percepcję. O postrzeganie siebie i swojej własnej harmonii/historii w kontekście rodziny i szerzej, o świadomość siebie, ale i o postrzeganie kobiet/matek jako istot społecznych.
No i o tak zwane docenienie. A raczej o nadanie wartości niezbędnej, choć zupełnie nie spektakularnej krzątaninie.
W zderzeniu postulatów naszego pokolenia z refleksją pokolenia matek rzadko dochodzi do porozumienia. Rówieśniczki Danuty z lubością chciałyby (nie mają wyjścia, żeby nie zaprzeczyć swojemu życiu?) powielać na nas schemat podporządkowania się i milczenia.
Danuta tymczasem mówi, że to nie było właściwe.
Przeprowadzono mnie z mieszkania do mieszkania z garnkiem nieugotowanej zupy, jakby mnie tam nie było. Nikt mnie nie brał pod uwagę, ani tego, co czuję/myślę.
To ważny fragment w książce. Danuta spostrzega, że była jak ów nieszczęsny garnek z obiadem transportowany cudzymi rękami ze starego mieszkania do innego, rondel, który utkwił jej w pamięci, mimo upływu z górą trzydziestu lat. Była niezbędną dekoracją. Bez podmiotowości, ręce do pracy, mebel.
Jest też tragizm w tych kawałkach książki, kiedy Danuta nie ma nic do opisania, żadnych nobli, papieży ani prezydentów, tylko kolejne dni spędzone na codziennym zagonieniu. Każdy z tych dni był osobnym wysiłkiem, a po latach nie zostało nic z tamtej krzątaniny. I ona to widzi. Nie mydli czytelnika żadną pocieszną dykteryjką, umniejszającą przeszły trud. Więcej, ona dostrzega, że internowany Lech co prawda siedział w odosobnieniu i pod dozorem, ale „Miał jedzenie, spanie, dach nad głową, ciepło w pokoju.” („Marzenia i tajemnice”, s. 220), ona tymczasem zostawała sama z gromadą dzieci i pruła przez pół Polski po pół świniaka, nie zważając na stan wojenny.
Ciekawe jest też, że Danuta zauważa pewną paralelę. Lech (i inni) nie traktowali jej podmiotowo, mimo, że ona – no do licha! – była przecież więcej, niż meblem, a ona, cóż, dbała o dzieci i to najlepiej, jak potrafiła, ale ani z nimi nie rozmawiała o tym, co się dzieje z ojcem, z nią, ani niczego nie tłumaczyła. Ograniczała się do działań pielęgnacyjno-instruktażowych, wychodząc z założenia, że dzieci i tak nie zrozumieją. A przecież rozumieją. Teraz, mając wnuki widzi, jak wiele.
Zauważyć to i napisać – czy to nie rewolucyjne?
W „Przekroju” z 6 lutego o „Danuta FM, kobiecym głosie w twoim domu” rozmawiają Sylwia Chutnik, prof. Małgorzata Fuszara i Agnieszka Mrozik, wykładowczyni gender studies. I ja, z całą moją genderową świadomością się wstydzę, kiedy tam czytam, że Danuta Wałęsa jest najgorszym, co spotkało Polki, gorszym od Grocholi i Kalicińskiej, gdyż albowiem „odmierza kolejne lata chrzcinami. Aż chciałoby się zapytać, a gdzie te «momenty»”. No i się nie rozwiodła, a prawdopodobnie powinna była.
Otóż.
Jeżeli wywrotową proklamację sześćdziesięcioletniej kobiety oceniać przez pryzmat braku opisów seksu, to ja studiowałam na innej uczelni gender.
Danuta natomiast jest po prostu zen.
Przyjmuje swoje życie takim, jakie ono jest, ma w sobie przekonanie, prostolinijne i szczere, że jej życie jest do przeżycia przez nią, a nie do outsourcingu. To nie jest żaden topowy trend, żeby zatrudnić trzy opiekunki do dzieci, kucharkę, sprzątaczkę i ogrodnika, a samemu się zająć karierą. Jej kariera toczyła się w ścianach domu, ale nie to jest dla niej bolesne. Najbardziej ją uwiera, że Lech nie docenił.
Danuta jest oczywiście produktem patriarchatu, bo dla niej czołowe znaczenie ma to, żeby mąż obdarzył uznaniem to, co robiła.
Mam wrażenie, że nasze pokolenie idzie jednak krok dalej. To nie „mąż ma docenić”, ale żądamy nadania społecznej wartości temu, co robimy w domu i czego nie widać, a co jest konieczne.
Oraz okupione wysiłkiem.
I dlatego test Danuty Wałęsy przeprowadzam na wszystkich, których podejrzewam o literaturę piękną. I staram się, jak mogę, żeby Wydawnictwu Literackiemu napędzać sprzedaż ;)
Tak, wyznanie Danuty Wałęsy mnie zachwyca. Tak, unieważniam wszystko, co do tej pory mówiłam/jątrzyłam o pani D.W.. Tak, ta kobieta zrobiła rzecz ważną i wielką.
„Marzenia i tajemnice” połknęłam z łapczywością, mlaszcząc z każdą kolejną stroną donośniej i głośniej, wręcz z zachwytu siorbiąc litery. Książka bije rekordy sprzedaży, a że się plasuje w rankingach gdzieś między Cukiernią pod Amorem a Paulo Coelho, to odnoszę wrażenie, że sama ewentualność wzięcia jej do ręki, nie wspominając o lekturze wydaje się niektórym obciachowa. Niesłusznie. Bo warto, warto wręcz z przytupem, warto ze wszystkich tych względów, dla których warto się otworzyć na kobiece wyznania i na herstory. Herstory Danuty jest tym mocniejsza, że rewers wersji kobiecej, wersja Lecha jest taka spektakularna, mężczyzna z tej opowieści ma utrwalone miejsce w historii, nagrodę Nobla i już jest ikoną tego i owego, niczego mu nie ujmując i nie pomniejszając zasług.
Któryś z recenzentów napisał, że Danuta popełniła pięciuset stronnicowy list do męża. Owszem, ale ten list ma niewątpliwy walor uniwersalności. Danuta, postrzegana do tej pory jako żonamęża, postać z drugiego planu, konieczna, ale przezroczysta, tło nieledwie wychodzi oto z kuchni, z zaplecza, zza kulis do pierwszego rzędu. Dotychczasowa statystka ma w zanadrzu wielką improwizację, drugi plan – a to wstrząs! - mówi i myśli. Co więcej, okazuje się, że drugoplanowa Danuta myślała i miała refleksję przez cały ten czas, kiedy się zlewała z tłem. Nie wiadomo tylko, dlaczego dotąd milczała. Być może przez to, że jeszcze do przedwczoraj miała nadzieję, że mąż się domyśli.
Mąż się jednak nie domyślił, bo go wychowano do patriarchatu, a to jednostronnie wygodny układ damsko-męski.
Danuta jawi mi się ponad wszystko jako kobieta ze swojego pokolenia. Jest z generacji kobiet, które prowadziły dom i wychowywały dzieci w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Opowieść Danuty jest – owszem - fabularnie ciekawa i niezwykła, bo Danuta a to się spotyka z papieżem, a to gotuje z koleżankami obiad dla amerykańskiego prezydenta (rozczula mnie prostolinijność tych opisów i niepodważalny brak zadęcia), ale po odsączeniu fabularnych osobliwości - list statystycznej PaniKrysi do statystycznego PanaZbyszka byłby o to uboższy, bez wątpienia - pozostaje istotny manifest.
Danuta, w przeciwieństwie do swoich ziomalek z kolejki po mięso/po dywan/po relaksy dla całej rodziny nie wciska kitu, że ja to dopiero miałam ciężko, nie wiem, na co ty narzekasz. Znacie to? Te kąśliwe riposty matek, ciotek, teściowych w rodzaju za moich czasów nie było pampesów, codziennie prałam i suszyłam tetrę, niejęczmitu. Każda potencjalna skarga na niewygody bycia żoną-matką-pracownicą jest ucinana repliką, że za moich czasów nie było tego ani tamtego, na półkach w sklepie stał ocet, a dałam radę.
Dałam radę więc i ty dasz.
Cicho bądź.
Tymczasem nie idzie tu przecież wyłącznie o techniczne aspekty przewinięcia niemowlęcia albo o ilość i jakość składników do przygotowanie posiłku. Głównie, zdaje się, chodzi o percepcję. O postrzeganie siebie i swojej własnej harmonii/historii w kontekście rodziny i szerzej, o świadomość siebie, ale i o postrzeganie kobiet/matek jako istot społecznych.
No i o tak zwane docenienie. A raczej o nadanie wartości niezbędnej, choć zupełnie nie spektakularnej krzątaninie.
W zderzeniu postulatów naszego pokolenia z refleksją pokolenia matek rzadko dochodzi do porozumienia. Rówieśniczki Danuty z lubością chciałyby (nie mają wyjścia, żeby nie zaprzeczyć swojemu życiu?) powielać na nas schemat podporządkowania się i milczenia.
Danuta tymczasem mówi, że to nie było właściwe.
Przeprowadzono mnie z mieszkania do mieszkania z garnkiem nieugotowanej zupy, jakby mnie tam nie było. Nikt mnie nie brał pod uwagę, ani tego, co czuję/myślę.
To ważny fragment w książce. Danuta spostrzega, że była jak ów nieszczęsny garnek z obiadem transportowany cudzymi rękami ze starego mieszkania do innego, rondel, który utkwił jej w pamięci, mimo upływu z górą trzydziestu lat. Była niezbędną dekoracją. Bez podmiotowości, ręce do pracy, mebel.
Jest też tragizm w tych kawałkach książki, kiedy Danuta nie ma nic do opisania, żadnych nobli, papieży ani prezydentów, tylko kolejne dni spędzone na codziennym zagonieniu. Każdy z tych dni był osobnym wysiłkiem, a po latach nie zostało nic z tamtej krzątaniny. I ona to widzi. Nie mydli czytelnika żadną pocieszną dykteryjką, umniejszającą przeszły trud. Więcej, ona dostrzega, że internowany Lech co prawda siedział w odosobnieniu i pod dozorem, ale „Miał jedzenie, spanie, dach nad głową, ciepło w pokoju.” („Marzenia i tajemnice”, s. 220), ona tymczasem zostawała sama z gromadą dzieci i pruła przez pół Polski po pół świniaka, nie zważając na stan wojenny.
Ciekawe jest też, że Danuta zauważa pewną paralelę. Lech (i inni) nie traktowali jej podmiotowo, mimo, że ona – no do licha! – była przecież więcej, niż meblem, a ona, cóż, dbała o dzieci i to najlepiej, jak potrafiła, ale ani z nimi nie rozmawiała o tym, co się dzieje z ojcem, z nią, ani niczego nie tłumaczyła. Ograniczała się do działań pielęgnacyjno-instruktażowych, wychodząc z założenia, że dzieci i tak nie zrozumieją. A przecież rozumieją. Teraz, mając wnuki widzi, jak wiele.
Zauważyć to i napisać – czy to nie rewolucyjne?
W „Przekroju” z 6 lutego o „Danuta FM, kobiecym głosie w twoim domu” rozmawiają Sylwia Chutnik, prof. Małgorzata Fuszara i Agnieszka Mrozik, wykładowczyni gender studies. I ja, z całą moją genderową świadomością się wstydzę, kiedy tam czytam, że Danuta Wałęsa jest najgorszym, co spotkało Polki, gorszym od Grocholi i Kalicińskiej, gdyż albowiem „odmierza kolejne lata chrzcinami. Aż chciałoby się zapytać, a gdzie te «momenty»”. No i się nie rozwiodła, a prawdopodobnie powinna była.
Otóż.
Jeżeli wywrotową proklamację sześćdziesięcioletniej kobiety oceniać przez pryzmat braku opisów seksu, to ja studiowałam na innej uczelni gender.
Danuta natomiast jest po prostu zen.
Przyjmuje swoje życie takim, jakie ono jest, ma w sobie przekonanie, prostolinijne i szczere, że jej życie jest do przeżycia przez nią, a nie do outsourcingu. To nie jest żaden topowy trend, żeby zatrudnić trzy opiekunki do dzieci, kucharkę, sprzątaczkę i ogrodnika, a samemu się zająć karierą. Jej kariera toczyła się w ścianach domu, ale nie to jest dla niej bolesne. Najbardziej ją uwiera, że Lech nie docenił.
Danuta jest oczywiście produktem patriarchatu, bo dla niej czołowe znaczenie ma to, żeby mąż obdarzył uznaniem to, co robiła.
Mam wrażenie, że nasze pokolenie idzie jednak krok dalej. To nie „mąż ma docenić”, ale żądamy nadania społecznej wartości temu, co robimy w domu i czego nie widać, a co jest konieczne.
Oraz okupione wysiłkiem.
I dlatego test Danuty Wałęsy przeprowadzam na wszystkich, których podejrzewam o literaturę piękną. I staram się, jak mogę, żeby Wydawnictwu Literackiemu napędzać sprzedaż ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)