Święta Wieża jest jak pionowy znak nawigacyjny na dystansie między Krakowem a Poznaniem.
Jest 16:53. „Częstochowa – esemesuje Pani. – 300 km do domu”.
Jest 18:59. „Jesteśmy w Łodzi”.
O 22:03 autobus się wtacza na szkolne podwórze, dzieci ospale machają zza szyb, rodzice się tłoczą na oblodzonym trotuarze. Nowy Człowiek schodzi po stopniach pojazdu z czapką zsuniętą na twarz.
- Czy jest tutaj mój tata? – pyta nieprzytomnie.
- Nie, - odpowiadam. – za to jestem ja.
Nowy Człowiek nieuśmiecha się blado.
Śpiewająco dał radę, wyjąwszy przyjmowanie pokarmów.
-----------------------------------------------------------------------
Kilka godzin wcześniej wychodzimy z Erną z przedszkola, jest jasno.
- Patrz, – mówię. - jasno.
Erna patrzy.
- Czy to znaczy, że jusz jutjo jest wiosna? – pyta z dziewczyńskim, pięciolatkowym entuzjazmem.
-----------------------------------------------------------------------
- A Erna się dobrze spisywała jako Najważniejszy Maluch? – chce wiedzieć Nowy Człowiek.
Rozgorączkowanym– w sensie literalnym – wzrokiem omiata podłogi i ściany.
- Mówiąc prawdę, - odpowiadam. - nie za bardzo.
Lista obowiązków Najważniejszego Malucha, przedyktowana przez Nowego Człowieka przed wyjazdem na białą szkołę była praktycznie niewykonalna. Począwszy od obligatoryjnego wnoszenia Silnego po schodach za każdym razem, skończywszy na regularnych wartach przed nowoczłowieczym pokojem i sprawowaniu kurateli nad integralnością zabawek.
- Wiedziałem, - wzdycha Nowy Człowiek. - tak już bywa z tymi dziewczynkami. Nigdy się dobrze nie spisują.
Łypię sugestywnie. Nowy Człowiek macha ręką.
- Nooo, nieee … - jęczy. – stara matka się świetnie spisała …
Przeszłam do kolejnego poziomu gry, sensownie zarządzałam funduszami, rozmnożyłam strategiczne zwierzaki. Brawo.
Oddalam się na zasłużoną labę.
-----------------------------------------------------------------------
Wracamy z Erną do domu przez dziury w jezdniach, przez kałuże i miejscowe oblodzenia. Zmierzcha, Ernie głowa opada ze znużenia. Bliska wiosna ją jednak zaintrygowała.
- To znaczy, – pyta z wysiłkiem. – że już jód … zaczyna sie … pocić?
- To znaczy, – powtarza, coś jej nie zagrało. – że już jód … zaczyna sie … rozmnażać?
O, języku pułapek!
Kiedy czeszę włosy Erny przed spaniem, ta trąca mnie wierzchem dłoni:
- Mama, - zwraca mi uwagę. – a widzisz, że ja nie płacze przy czesaniu?
Widzę, kiwam twierdząco.
Silny szepce swoim czystym sopranem:
- Mama!
- … tyjko jobie taką minkę, - ciągnie Erna i przerażająco wykrzywia twarz. – a minka nie ma znaczenia przy czesaniu!
Silny słodkim dyszkantem intonuje:
- MAMA!
sobota, 8 stycznia 2011
czwartek, 6 stycznia 2011
1.946
- To wcale nie jest takie fajne, - ponuro miauknął Nowy Człowiek w przeddzień wyprawy. – że ja wyjeżdżam. – siąknął nieobecną wydzieliną. – Będę tęsknił – jęknął markotnie. – za maluchami.
Silny podjął obszerną gestykulację.
- Ja nie chce, – płaczliwie pisnęła Erna. – żeby Din jechał!
- Nie łam się, - ojciec dzieciom szturchnął Nowego Człowieka po męsku, w ramię. – mama się zajmie twoimi zwierzętami.
Lico Nowego Człowieka rozświetliła wewnętrzna lampka.
- Mama, - rzekł z emfazą. – postaraj się wyszczotkować żubra!
Kiwnęłam głową z aprobatą.
Oprócz stałego rytmu utrzymania pozostałych nielatów, pierworodny obciążył mnie odpowiedzialną misją doglądania wirtualnego zoo, zabawiania pary szympansów, nietoperze karmię mięsem, a papugi owocami. Rozmnażam surykatki. I regularnie szczotkuję żubra!
Wieczorem, przed wyjazdem, nie ominął nas Reisefieber, drużyna Erna/Nowy Człowiek nerwowo okrążała dom do dwudziestej drugiej z minutami, a to popili, a to coś zjedli, umyli zęby, wstrząsnęli poduszkami, bo ich cisnęły, za twarde.
O szóstej dwadzieścia osiem w poniedziałek Nowy Człowiek dźgnął Ernę zagrzebaną w ciepłą pościel, wykorzystał moment, kiedy na chwilę zniknęłam w sypialni.
- Jadę. – zaskowyczał w zaspane siostrzane ucho.
Erna wykopała się spod piernatów i na wpół nieprzytomnym głosem powtórzyła żałosną suplikację:
- Ja nie chce … żeby Din jechał!
Później szło już znacznie bardziej gładko, mimo opóźnionego autokaru.
Szkoła ukoiła rodzicielskie traumy regularnym serwisem esemesowym. „Jeżeli jest piętnasta, to mijamy Częstochowę”.
Około siedemnastej – Kraków.
Zadzwoniłam nazajutrz.
- I jak ci tam? – pytam.
W słuchawce zabulgotało. W tle – dźwięki jak z dużej przerwy w szkole podstawowej, z wysiłkiem odsączałam tembr głosu Nowego Człowieka od szumu drugiego planu.
- Jest dziecko u lam? – zapytał Nowy Człowiek.
- Jest. – odpowiedziałam. – Dobrze spałeś?
- Uhu. – Nowy Człowiek przytaknął niedbale. – Jesteś w kolejnym etapie?
- Jeszcze nie. – rzekłam.
Pilnie klikałam w zwierzęta po uśpieniu nielatów, ale moje doświadczenie hodowcy, w porównaniu z nowoczłowieczym, jest prze-marne.
- Dobrze się czujesz? – próbowałam drążyć. – Z kim śpisz w pokoju?Nowy Człowiek zwięźle opisał mi towarzystwo w sypialni tej i w tej za ścianą, po czym udał się w bliżej niesprecyzowanym kierunku. Zostawił mnie z pogłosem dużej pauzy w słuchawce.
Dobrze się bawi – co widać na zdjęciach ze szkolnego serwisu zapobiegającemu rodzicielskiej panice.
Co prawda raz zapomniał szalika i nie włożył pod kurtkę polaru, ale następnego dnia był już kompletnie ubrany.
I zmienił spodnie, ach.
Wiec tęsknimy spokojnie, nie wpadając w psychiczne urazy.
Biegnie Erna. Nie ma butów!
- Erno, - wołam. – załóż sandały!
- Nikt nie jest ideajny! – odkrzykuje Erna i znika, bosa, za ścianą.







Jeszcze nie wiem, jak się świętuje Epifanię.
Obsypywaniem złotem? Okadzaniem?
Poszliśmy na zimowy spacer. Silny to mistrz w chodzeniu po zmrożonej wodzie
(z matką ;))) ).
Silny podjął obszerną gestykulację.
- Ja nie chce, – płaczliwie pisnęła Erna. – żeby Din jechał!
- Nie łam się, - ojciec dzieciom szturchnął Nowego Człowieka po męsku, w ramię. – mama się zajmie twoimi zwierzętami.
Lico Nowego Człowieka rozświetliła wewnętrzna lampka.
- Mama, - rzekł z emfazą. – postaraj się wyszczotkować żubra!
Kiwnęłam głową z aprobatą.
Oprócz stałego rytmu utrzymania pozostałych nielatów, pierworodny obciążył mnie odpowiedzialną misją doglądania wirtualnego zoo, zabawiania pary szympansów, nietoperze karmię mięsem, a papugi owocami. Rozmnażam surykatki. I regularnie szczotkuję żubra!
Wieczorem, przed wyjazdem, nie ominął nas Reisefieber, drużyna Erna/Nowy Człowiek nerwowo okrążała dom do dwudziestej drugiej z minutami, a to popili, a to coś zjedli, umyli zęby, wstrząsnęli poduszkami, bo ich cisnęły, za twarde.
O szóstej dwadzieścia osiem w poniedziałek Nowy Człowiek dźgnął Ernę zagrzebaną w ciepłą pościel, wykorzystał moment, kiedy na chwilę zniknęłam w sypialni.
- Jadę. – zaskowyczał w zaspane siostrzane ucho.
Erna wykopała się spod piernatów i na wpół nieprzytomnym głosem powtórzyła żałosną suplikację:
- Ja nie chce … żeby Din jechał!
Później szło już znacznie bardziej gładko, mimo opóźnionego autokaru.
Szkoła ukoiła rodzicielskie traumy regularnym serwisem esemesowym. „Jeżeli jest piętnasta, to mijamy Częstochowę”.
Około siedemnastej – Kraków.
Zadzwoniłam nazajutrz.
- I jak ci tam? – pytam.
W słuchawce zabulgotało. W tle – dźwięki jak z dużej przerwy w szkole podstawowej, z wysiłkiem odsączałam tembr głosu Nowego Człowieka od szumu drugiego planu.
- Jest dziecko u lam? – zapytał Nowy Człowiek.
- Jest. – odpowiedziałam. – Dobrze spałeś?
- Uhu. – Nowy Człowiek przytaknął niedbale. – Jesteś w kolejnym etapie?
- Jeszcze nie. – rzekłam.
Pilnie klikałam w zwierzęta po uśpieniu nielatów, ale moje doświadczenie hodowcy, w porównaniu z nowoczłowieczym, jest prze-marne.
- Dobrze się czujesz? – próbowałam drążyć. – Z kim śpisz w pokoju?Nowy Człowiek zwięźle opisał mi towarzystwo w sypialni tej i w tej za ścianą, po czym udał się w bliżej niesprecyzowanym kierunku. Zostawił mnie z pogłosem dużej pauzy w słuchawce.
Dobrze się bawi – co widać na zdjęciach ze szkolnego serwisu zapobiegającemu rodzicielskiej panice.
Co prawda raz zapomniał szalika i nie włożył pod kurtkę polaru, ale następnego dnia był już kompletnie ubrany.
I zmienił spodnie, ach.
Wiec tęsknimy spokojnie, nie wpadając w psychiczne urazy.
Biegnie Erna. Nie ma butów!
- Erno, - wołam. – załóż sandały!
- Nikt nie jest ideajny! – odkrzykuje Erna i znika, bosa, za ścianą.
******
Jeszcze nie wiem, jak się świętuje Epifanię.
Obsypywaniem złotem? Okadzaniem?
Poszliśmy na zimowy spacer. Silny to mistrz w chodzeniu po zmrożonej wodzie
(z matką ;))) ).
sobota, 1 stycznia 2011
1.945
dżungla rodzinnych interakcji doskonali techniki przetrwania.
- mama, - nabiega Nowy Człowiek. - a jak się ma sześć pał, to można wymienić na szóstkę?
- hm? – podnoszę głowę znad prania.
- a jak się ma sześć pał, to można wymienić na szóstkę? – powtarza Nowy Człowiek.
szkoła mu weszła w alians z grą komputerową, z odległości wakacji jest, jak się wydaje, co najmniej równie fajna.
- niestety, - odpowiadam. – tak to nie działa.
- mama, - pyta Erna. – a ze czego się jobi ogień? mama, a …
kiwam się na lianie.
zagryzam bananem, smyrgam się za uchem liściem baobabu.
dżungla, dżungla-a.
- maaa-maaa! – łka Silny. chowa głowę w azylu rękawa.
jeżeli zatem celem jest spokój – a celem wielomatki co do zasady jest spokój, żeby przełknąć choćby kilka szpalt, żeby dopić w miarę ciepłą kawę – więc dla osiągnięcia spokoju w minimum jednostek czasu należy mieć nielaty w swoim obozie, grać do jednej bramki.
każde wymaga osobnego czasu, monopolu z matką.
[maczetą w lianę]
idziemy z Erną na damskie zakupy – VAT nadal dwadzieścia dwa - po pastę do zębów i po zmiękczacz do tkanin.
- jesteś moją najdroższą córką. – szepczę Ernie w ucho.
matczyny full romantic w drogerii sieciowej, między regałami.
- aje nie tak za pieniąszki. – Erna patrzy na mnie uważnie. – bo nie można mieć dziecka za pieniąszki.
Erna wodzi wzrokiem po mojej twarzy.
- …chyba, że nie można mieć dzieci i tszeba sobie kupić dziecko-jobota.
- ooo, - przyklaskuję. – dziecko-robot to naprawdę fajny pomysł.
- czemu? – spektakularnie dziwi się Erna. – bo dziecko-jobot słucha mamy?
tak. w przeciwieństwie do dziecka z ciała.
dżungla znowu dzieje się pod naszym dachem, Silny zawisł na drzwiach szafki, musi miseczkę płatków, musi czekoladkę, musi się napić soku, musi coś tam (ewentualnie coś tam).
- zaraz, Silny. – mówię. – moment. teraz właśnie …
- a! a! a! a! a!tu płatki, tu kanapka, tu ręcznik papierowy, bo się rozlało/upadło. ukh. mimochodem sposobię Nowego Człowieka do premierowej białej szkoły, to już w poniedziałek.
- macie zabrać piórniki. – mówię.
- a tornistry?
- skąd.
- o, fajnie, - cieszy się Nowy Człowiek. – to nie będę miał uwag w dzienniczku.
dla jasności – uwaga jest jedna, trauma kolosalna.
- nie bój, - ostrzegam w szorstkiej tonacji. – jeżeli pani będzie musiała ci dać uwagę, to ją zapisze na kartce.
Nowy Człowiek spuszcza głowę, w czymś dłubie, zmaltretowany.
- aje bendziesz mógł to zgnieść w tfajdą kujke – Erna spieszy z pomocą bratu. – i mama nie zobaczy.
Nowy Człowiek unosi głowę. pyta:
- co?Erna macha rękami:
- no kajtke!
___________________________________________________
mam nadzieję, że weszliście hucznie w 2011.
my – owszem, dziko tańcząc angielskiego walca. Nowy Człowiek, w swojej łaskawości, udzielił nam instruktażu.
umpa-umpa.
- e! e! e! – Erna w ryk. – a ja nie umiem tak ładnie!
rzucam się do pocieszania (szeleści tafta sylwestrowej kreacji, opada brokat z makijażu). Erna się udobruchała, odtańcowuje lewa/prawa, pięty-pięty-palce.
- to mi przypomina pająka! – Nowy Człowiek się dławi z przesadą i tak chichoce w kułak, żeby być słyszalnym u sąsiadów. – chyba zaraz złapie jakąś muchę!Erna się nadyma i opuszcza parkiet.
- a ja wymiśjiłam lepszy taniec, niż taki popaćkany. – rzecze. – najisuje go, jeśli chcesz.
chcę.
margines świątecznej prasy zaludniają baletnice w wymyślnych pas.
o północy oglądamy barwną kanonadę – wszyscy, Silny także.
pierwszego stycznia 2011 chodzimy po ścianach (my – dorośli, nielaty tryskają chwacką żywotnością). jeżeli to wróży na cały rok, wróży prawdopodobnie, rzekłabym wręcz, że jest to wróżba z pełną gwarancją realizacji.
Dziękujemy za wszystkie życzenia!
Na Nowy Rok życzymy Wam co najmniej równie fajnie!
- mama, - nabiega Nowy Człowiek. - a jak się ma sześć pał, to można wymienić na szóstkę?
- hm? – podnoszę głowę znad prania.
- a jak się ma sześć pał, to można wymienić na szóstkę? – powtarza Nowy Człowiek.
szkoła mu weszła w alians z grą komputerową, z odległości wakacji jest, jak się wydaje, co najmniej równie fajna.
- niestety, - odpowiadam. – tak to nie działa.
- mama, - pyta Erna. – a ze czego się jobi ogień? mama, a …
kiwam się na lianie.
zagryzam bananem, smyrgam się za uchem liściem baobabu.
dżungla, dżungla-a.
- maaa-maaa! – łka Silny. chowa głowę w azylu rękawa.
jeżeli zatem celem jest spokój – a celem wielomatki co do zasady jest spokój, żeby przełknąć choćby kilka szpalt, żeby dopić w miarę ciepłą kawę – więc dla osiągnięcia spokoju w minimum jednostek czasu należy mieć nielaty w swoim obozie, grać do jednej bramki.
każde wymaga osobnego czasu, monopolu z matką.
[maczetą w lianę]
idziemy z Erną na damskie zakupy – VAT nadal dwadzieścia dwa - po pastę do zębów i po zmiękczacz do tkanin.
- jesteś moją najdroższą córką. – szepczę Ernie w ucho.
matczyny full romantic w drogerii sieciowej, między regałami.
- aje nie tak za pieniąszki. – Erna patrzy na mnie uważnie. – bo nie można mieć dziecka za pieniąszki.
Erna wodzi wzrokiem po mojej twarzy.
- …chyba, że nie można mieć dzieci i tszeba sobie kupić dziecko-jobota.
- ooo, - przyklaskuję. – dziecko-robot to naprawdę fajny pomysł.
- czemu? – spektakularnie dziwi się Erna. – bo dziecko-jobot słucha mamy?
tak. w przeciwieństwie do dziecka z ciała.
dżungla znowu dzieje się pod naszym dachem, Silny zawisł na drzwiach szafki, musi miseczkę płatków, musi czekoladkę, musi się napić soku, musi coś tam (ewentualnie coś tam).
- zaraz, Silny. – mówię. – moment. teraz właśnie …
- a! a! a! a! a!tu płatki, tu kanapka, tu ręcznik papierowy, bo się rozlało/upadło. ukh. mimochodem sposobię Nowego Człowieka do premierowej białej szkoły, to już w poniedziałek.
- macie zabrać piórniki. – mówię.
- a tornistry?
- skąd.
- o, fajnie, - cieszy się Nowy Człowiek. – to nie będę miał uwag w dzienniczku.
dla jasności – uwaga jest jedna, trauma kolosalna.
- nie bój, - ostrzegam w szorstkiej tonacji. – jeżeli pani będzie musiała ci dać uwagę, to ją zapisze na kartce.
Nowy Człowiek spuszcza głowę, w czymś dłubie, zmaltretowany.
- aje bendziesz mógł to zgnieść w tfajdą kujke – Erna spieszy z pomocą bratu. – i mama nie zobaczy.
Nowy Człowiek unosi głowę. pyta:
- co?Erna macha rękami:
- no kajtke!
___________________________________________________
mam nadzieję, że weszliście hucznie w 2011.
my – owszem, dziko tańcząc angielskiego walca. Nowy Człowiek, w swojej łaskawości, udzielił nam instruktażu.
umpa-umpa.
- e! e! e! – Erna w ryk. – a ja nie umiem tak ładnie!
rzucam się do pocieszania (szeleści tafta sylwestrowej kreacji, opada brokat z makijażu). Erna się udobruchała, odtańcowuje lewa/prawa, pięty-pięty-palce.
- to mi przypomina pająka! – Nowy Człowiek się dławi z przesadą i tak chichoce w kułak, żeby być słyszalnym u sąsiadów. – chyba zaraz złapie jakąś muchę!Erna się nadyma i opuszcza parkiet.
- a ja wymiśjiłam lepszy taniec, niż taki popaćkany. – rzecze. – najisuje go, jeśli chcesz.
chcę.
margines świątecznej prasy zaludniają baletnice w wymyślnych pas.
o północy oglądamy barwną kanonadę – wszyscy, Silny także.
pierwszego stycznia 2011 chodzimy po ścianach (my – dorośli, nielaty tryskają chwacką żywotnością). jeżeli to wróży na cały rok, wróży prawdopodobnie, rzekłabym wręcz, że jest to wróżba z pełną gwarancją realizacji.
Dziękujemy za wszystkie życzenia!
Na Nowy Rok życzymy Wam co najmniej równie fajnie!
z. & co.
Subskrybuj:
Posty (Atom)