Chudy, wbity w chodnik chłopak rozdaje
ulotki. Gnam do pracy i się nie rozglądam na boki, ale nie sposób go nie
zauważyć, wysokiej, przygarbionej postaci o pustym wzroku, desperata
wciskającego raz za razem kolorowe świstki do rąk przechodzących. Zleceniodawca
go oblókł w reklamowy t-shirt, zbyt obszerna koszulka zwisa z chudych łopatek,
łopoce na zapadniętej klacie, na pomarańczowej bawełnie nadrukowano pokaźny
napis „Paszport do SUKCESU” i jakieś numery telefonów, strony wuwuwu, paszport
zapewne stąd do Doliny Krzemowej albo do Hollywood.
Czy to nie jest naruszenie dóbr?
Paszport republiki upokorzeń, rzekłabym, z
perspektywy tego gościa, desperackiego Charona do pomyślności przypadkowych
przechodniów.
Biorę ulotkę.
A później zawieszam wzrok na twarzy
jakiejś dziewczyny. Nie jest ładna. Nie ma regularnych rysów, błyszczących
oczu, bujnych włosów, ani w sumie niczego pociągającego w sobie wyjąwszy cerę. Buzia
dziewczyny, która mnie mija na ulicy w zwolnionym tempie, dwadzieścia –
powiedzmy - pięć klatek na minutę, więc jej buzia jest porcelanowa, perłowa jak
twarz lalki, dziewczyna ma idealnie wypukłe policzki i doskonale gładkie czoło.
Biskwit. Model. Odlew.
Trudno mi nie pomyśleć przez kontrast o
twarzy, którą co rano mocno pudruję w lustrze.
Idę i podnoszę z chodnika trzy błyszczące
kasztany, świeżo wyklute.
A później jeszcze czwarty, dla siebie. I
chowam wszystkie w kieszeniach prochowca.
Raczej po wierzchu percypuję wtorek,
między spieszę się a nie zdążę.
Poza tym - zajmujące, bo otóż kibluję w
czwartej klasie, chociaż wydawało mi się, że już miałam promocję do piątej,
szóstej, ba, nawet do ósmej. Oraz maturę. A tu znienacka obrabiam na nowo i ze zdwojoną mocą szok
przejścia z nauczania wczesnoszkolnego do systemu ocen, kartkówek tudzież zapowiedzianych
sprawdzianów (wskaż różnice między mniejszością
etniczną a narodową; ja nie umiem).
Siłą woli powstrzymuję ścisk żołądka, to
jednak nie są MOJE zapomniane domowe, ani MOJE ortografy, ani w ogóle.
- Dziecko, to naprawdę nie jest moja wina,
że zapomniałeś książki!
Mina delikwenta jednoznacznie wskazuje, że nie jest przekonany do sugestii podzielania mojego osądu.
Wentyluj, mówię sobie, wentyluj i luz, a i
tak mamy tu armagedon każdego popołudnia (czy raczej, powinnam rzec, wieczoru).
Po jednej stronie stołu leci fabuła
elementarnych rachunków, a po drugiej …
Paszport do sukcesu z potartą korektorem
datą ważności.


