sobota, 10 września 2011

Chcę być taki, jak Cętek!

To się działo w zerówce.
Jan nie czuł się w niej dobrze. Kilka tygodni przed rozpoczęciem roku szkolnego przeprowadził się do Lwiej Pieczary z odległej sawanny, bo jego tata, Lew Ludwik Dwudziesty musiał przejąć na naszej sawannie obowiązki króla. Wuj taty Jana, leciwy władca sawanny Lew Rudobrody zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Ostatni raz widziano króla pewnego majowego wieczoru nad Potokiem Zebr. Nazajutrz rano monarcha nie pojawił się w pracy w sali tronowej i kolejnego dnia również nie. Nie znaleziono żadnych śladów. Król nie zostawił listu, esemesa, maila, nagrania, żadnej wiadomości. Nikt nie pamiętał też, żeby zwierzał się wcześniej z jakichkolwiek problemów. Zaniepokojona Rada Zwierząt wezwała tatę Jana, jedynego krewnego Lwa Rudobrodego do tymczasowego pełnienia funkcji króla.
- Nie wątpię, - rzekł zafrasowany tata, podpierając łapą drżącą, strapioną brodę. – że sytuacja wyjaśni się wkrótce i że niebawem wrócimy do naszego domu. Tymczasem wzywają nas obowiązki. Jedziemy!
Rodzice Jana zapakowali dotychczasowe życie w kufry i w walizy i ruszyli przed siebie.

***

Lwia pieczara, w której zamieszkał Jan z rodzicami była co prawda wygodna i obszerna, ale obca.
Naszą sawannę rozświetlało co dzień jasne, wesołe słońce, ale starą sawannę Jan wspominał jako najpiękniejszy zakątek na całej ziemi.
Nowi znajomi Janka, dzieci z sąsiedztwa wydały mu się hałaśliwe a ich zabawy infantylne i głupie.
Złośliwe surykatki kopały tunele tuż pod progiem jego pokoju.
Owoce rosnących wokół pieczary palm były cierpkie i niedojrzałe a woda w pobliskim jeziorze za zimna albo za ciepła do kąpieli.
Koszmarne miejsce do życia. I do tego ta szkoła!

Dlatego też Jan odetchnął z ulgą, kiedy tylko się dowiedział, że jego kuzyn, leopard Cętek też wybiera się do zerówki. Na tę samą wiadomość mama Jana zadrżała z niepokoju, bo Cętek nie był najgrzeczniejszym ze znanych jej chłopców. Przeciwnie, w rodzinie często mówiło się o dokuczliwych psotach małego leoparda i o jego męczących figlach.

Zaczęło się już pierwszego dnia szkoły.
Pani Antylopa Gnu rozdała zerakom kredki i białe arkusze i poprosiła:
- Narysujcie swój portret.
Dzieci zabrały się do roboty – szkicowały, kreśliły, mazały, wymieniały między sobą kolory, wszyscy z werwą zajęli się zadaniem, tylko Cętek siedział bez ruchu. Kiedy po kilku minutach Pani Antylopa Gnu nachyliła się nad leopardziakiem i spytała:
- Dlaczego nie rysujesz?
Ten gwałtownie poderwał się z miejsca.
- Trole-fasole-bum! – krzyknął prosto w ucho nauczycielki, odbił się przednimi łapami od blatu stołu i wskoczył na parapet pod oknem. - Trole-fasole-bum! – zakrzyknął ponownie i zagrał na nosie. – Nie rysuję, bo nie muszę!
Klasa zamarła.
Piętnaście par przerażonych oczu obserwowało każdy ruch Cętka. Pani Antylopa Gnu przetarła kopytkiem czoło, głęboko westchnęła a później, ku zaskoczeniu klasy po prostu usiadła za swoim biurkiem.
- Cętku, - rzekła spokojnym, cichym głosem. – proszę, żebyś zszedł z parapetu i zajął miejsce przy stole.
- Trole-fasole! – wrzasnął Cętek i wykręcił dwa albo trzy fikołki pod oknem.
Jakiś głos z końca sali zachichotał.
- Proszę, - ciągnęła Pani Antylopa. – Cętku, usiądź na swoim krześle. Ostatni raz cię proszę.
- Trole-fasole-bum-bum-bum! – huknął rozbawiony Cętek. - Wcale nie muszę słuchać!
Chichotaniu w końcu sali zawtórował wesoły sopranik ze środkowych rzędów.
Pani Antylopa Gnu wstała i szybkim krokiem podeszła do drzwi.
- Zachowajcie spokój. – pouczyła wychodząc. – Zostawiam was na pięć minut.
Po kilku chwilach wróciła w towarzystwie Dyrektorki Szkoły, Pani Słoniowej.
-Cętku, zapraszam do mojego gabinetu. – twarz Pani Dyrektor była poważna i surowa. – Teraz ciebie, jutro rano twoich rodziców. Rozmawiałam telefonicznie z twoją mamą. Nie była zachwycona tym, o czym musiałam jej powiedzieć.
Cętek jednym susem zeskoczył z parapetu i powlókł się w kierunku wskazanym przez Panią Dyrektor.


***

- Super, fantastyczny ten słoniowy pokoik. – na kolejnej przerwie Cętek brylował wśród uczniów zerówki. Był pierwszym zerakiem ukaranym osobiście przez Panią Dyrektor. A ściślej – był pierwszym zerakiem ukaranym w ogóle. – Miękki fotelik, chłodny soczek. – ekscytował się Cętek. - Całą lekcję układałem puzzle, kiedy wy się męczyliście z tym głupim rysunkiem. Współczucie.
- Puzzle? – gwizdnął zaskoczony Q, hipopotam.
- I to jakie! – Cętek przewrócił oczami i dla lepszego efektu schwycił się za głowę. – Z kości! Dwieście elementów! Parszywie trudne!
- Ułożyłeś? – drążył Q.
- Jednym palcem i patrząc jednym okiem. – prychnął Cętek.
- Jesteś taki zdolny ... – westchnęła żyrafka Kiki. – Ja z dwustu jeszcze nie umiem …
- Zazdroszczę … - szepnął Jan i nagle, gwałtownie zapragnął być taki jak kuzyn: popularny wśród wszystkich uczniów, budzący podziw, wspaniały, silny, utalentowany. Poza tym - też chciał ułożyć puzzle z kości, siedząc na miękkim fotelu u Pani Słoniowej. I napić się soku z agawy. Myślał o tym przez całe popołudnie, dumał nad tym wieczorem w domu. Rano postanowił, że zrobi wszystko, żeby dorównać Cętkowi. Szybko połknął śniadanie, kiwnięciem łapy pożegnał się z mamą i pobiegł do szkoły.
- Dzisiaj zaczniemy od lekcji rachunków. – Pani Antylopa Gnu stanęła wyprostowana przed białą płaszczyzną tablicy. – Janku, ile to jest: jeden strąk akacjowy dodać dwa strąki?
- Trole-fasole-bum! – zaśmiał się Jan. – Nie dodaję, bo nie muszę!
Cętek zachichotał nerwowo.
- Janku! – upomniała lewka Pani Antylopa.
- Trole-fasole! – powtórzył Jan i wybił się zgrabnym susem ze swojego miejsca, wylądował na parapecie i już miał się brać do gry na nosie, kiedy – aaaa, a co to? – okno okazało się być uchylone i rozbawiony lewek wyturlał się przez nie na zewnątrz.
Spadł wprost między twarde pędy sukulentów pielęgnowanych przez szkolnego woźnego, Pana Bawoła.
- A co ty tu?! – groźnie burknął Pan Bawół, który się właśnie zabierał do podlewania rabatki z ogrodowego węża. – Wandalu! Już ja cię nauczę!
Deszcz zimnych kropli spadł na obolałe, potłuczone plecy Jana. Lewek, kulejąc i ścierając z twarzy strużki wody pognał do klasy. Kiedy stanął w drzwiach, zeraki wybuchnęły śmiechem. Jan wyglądał żałośnie, zielone pędy roślin tkwiły mu w nosie i w uszach, wzdłuż skroni płynęły strugi brudnej wody. Najgłośniej chichotał Cętek.
- Jeszcze wam wszystkim natłukę! – mruknął pod nosem Jan i zajął swoje miejsce.


***

Hipopotam Q siedział w czasie przerwy pod ścianą i przesypywał w dłoniach garść kolorowych kamyków. Promienie słońca załamywały się w tych przezroczystych i rzucały na podłogę barwne cienie.
- Tam-duri-duri-tammm. – cicho podśpiewywał Q. - Tam-duri-duri-tiii!
- Wpadłeś w szpony śmierci! – wrzasnął Jan wyrastając znikąd tuż przed nosem Q. – Broń się!
Zaskoczony Q upuścił wszystkie kamyki. Błyskotki potoczyły się na prawo i lewo. Sparaliżowany gwałtownym atakiem Q był łatwym celem. Bach! Bach! Bum! Jan kilkoma ciosami powalił kolegę na ziemię. Q rozpłakał się donośnie.
- Beksa! – zaśmiał się Jan. – Widziałeś to? – zapytał z dumą Cętka.
Leopardziak protekcjonalnie klepnął kuzyna w plecy.
- Dobre! – cmoknął, uśmiechając się fałszywie.
Co ładniejsze kamyki z kolekcji Q napastnicy wsunęli sobie do kieszeni.

Kilka kroków dalej, w pobliżu drzwi do sali zajmowanej przez klasę zero stał Michał, marabut i przeglądał obrazki w komiksie o życiu na Antarktydzie.
- Wpadłeś w szpony śmierci! – huknął Jan, wyrywając mu książkę z ręki. – Broń się, niezdaro!
Zdumiony Michał kłapnął dziobem. Bach! Bach! Bum! Jan chichocząc rozrywał kolorowe stronnice komiksu.
- Proooszę pani! – załkał zrozpaczony Michał. – On mi niszczy!!!
- Brawo! Świetnie! – ucieszył się Cętek.
Jan poczuł, że się zbliża do celu, że już niewiele go dzieli od tego, żeby być takim, jak młody leopard.
- Niezły jestem! – uderzył się wnętrzem dłoni w piersi. – Nieźle zły!
Tryskało z niego zadowolenie.

Tuż po dzwonku na lekcję Panna Fleming zaprosiła zerówkę na naukę Tańca Pory Deszczowej. Uczniowie mieli stanąć rzędem pod ścianą z luster, wyprostować się i …
- I raz! I dwa! I flex! I pointe! … - Panna Fleming uniosła ramię nad głowę a stopą wyrysowała w powietrzu ósemkę. – I flex! Iii …
- Trole-fasole! – wrzasnął Cętek i rzucił się na podłogę.
- Trole-fasole-bum! – zawtórował mu Jan i upadł na ziemię tuż za plecami Panny Fleming.
- Chłopcy, proszę powstać i ćwiczyć! – surowo zganiła ich Panna Fleming. – I raz! I dwa! – powtórzyła w stronę tańczących zerówkowiczów. – Teraz pracują tylko pięty!
- TROLE-FASOLE! – ryknął z podłogi dwugłosy chór: lew Jan i leopard Cętek i wystukał ośmioma łapami hałaśliwy rytm. - TROLE-FASOLE-BUM-BUM-BUM!
I wtedy w drzwiach klasy tańca stanęła Pani Dyrektor.
Nie minęła minuta i Jan, w chichoczącym towarzystwie Cętka, znalazł się wreszcie w upragnionym miejscu – w gabinecie Pani Słoniowej. Rozejrzał się szybko w poszukiwaniu wygodnego stanowiska do układania kościanych puzzli. Nie było go! Nie było go nigdzie, choć patrzył na wprost i w prawo i w lewo. Nie ma! Nie znalazł również karafki ze słodkim sokiem z agawy. Jakież było jego zdziwienie, kiedy zdał sobie sprawę, że obszerny, ciemny gabinet Pani Dyrektor wypełniają wyłącznie wielkie szafy biblioteczne pełne książek dla uczniów i dla nauczycieli.
- Chłopcy, - rzekła gniewnie Pani Dyrektor, rzucając uczniom poirytowane spojrzenia. – proszę odkurzyć i uporządkować księgozbiór. Macie na to godzinę. Układacie książki, wcześniej je odkurzywszy, od najmniejszej do największej a wśród równych wysokością od najgrubszej do najcieńszej. Mam nadzieję, że będzie to dla was okazja do głębszych przemyśleń.
- Też wtedy układałeś? – Jan zwrócił się półgłosem do Cętka.
- Mhm. – mruknął Cętek. – Tamtą biblioteczkę.
Oszklona szafa zajmowała połowę szerokości ściany z oknem.
- Okłamałeś mnie! – jęknął Jan.
- Chłopcy, proszę o ciszę! – Pani Dyrektor podniosła głos. – Zabierajcie się do pracy, bo czasu macie niewiele!
- To przecież prawie jak puzzle … - usiłował tłumaczyć się Cętek.
- Nie! – warknął Jan i zabrał się do przecierania książkowych grzbietów suchą ściereczką. – to wcale nie jest jak puzzle!
- Okłamał mnie! Okłamał mnie! Okłamał mnie! – myślał.

***
Mama Jana zdenerwowała się nie na żarty, kiedy po południu odbyła rozmowę z Panią Dyrektor. Skok na parapet w czasie pierwszej lekcji, zniszczone, połamane rośliny w ogródku Pana Bawoła, paskudny incydent na lekcji tańca u Panny Fleming, czy mogła usłyszeć gorsze wieści? Smutna powlokła się za Janem do szatni, żeby pomóc mu zmienić buty i spakować tornister.

- To on! To on, babciu! – krzyknął Marabut Michał, balansując na wąskiej ławce w szatni. – To on mi podarł książeczkę!!!
Stara Marabucica Helena łypnęła z przyganą na mamę Jana.
- Wstydziłaby się pani! – rzekła.
- Przepraszam … - jęknęła mama Jana. – syn odkupi książkę z własnego kieszonkowego ...
Jan poczuł, że ogarnia go dziwne ciepło. Mama pchnęła go do wyjścia.
- To ten! To ten! To ten! – Jan usłyszał donośny szept za swoimi plecami. – To ten, tato, najgorszy chłopak w szkole! Tato! Dziś mnie zbił i jeszcze ukradł mi szkiełka! To ten, tatuńciu! TO TEN!
Powleczona stwardniałą skórą hipopotamia noga ciężko opadła na ramię mamy Jana.
- Pani poczeka. – wolno wycedził tata Q. – Mamy tu chyba coś do załatwienia.
Potężny hipopotam nachylił się i zwrócił wprost do lewka:
- To prawda? – spytał. – To, o czym mówi mój syn?
Jan zadrżał. Spoconą z emocji łapkę w panice zanurzył w kieszeni.
- Tu są … - wydukał. - … tamte kamyki …
Barwne kryształy mieniły się na dłoni Jana. Q zebrał je łapczywie.
- Kamyki to nie wszystko. – huknął tata Q. – Ważniejsze są przeprosiny.
- … Przepraszam … - szepnął Jan. – Już nie będę ...
Mama Jana, purpurowa z zażenowania i wstydu pociągnęła syna w stronę drzwi na zewnątrz.
- Ilu ich jeszcze dzisiaj skrzywdziłeś? – spytała zbolałym głosem. – Ilu jeszcze?
- Nikogo więcej. – ponuro mruknął Jan. – Słowo. To już naprawdę wszyscy.
Doszli do domu w milczeniu.

Jan poczłapał do swojego pokoju. Mama usiadła w dużym fotelu. Kiedy po kilku kwadransach Jan wszedł do kuchni w poszukiwaniu czegoś do jedzenia mama nadal siedziała bez ruchu. Połyskliwe strumyki łez ciekły wzdłuż jej nosa, spływały ku kącikom ust, kapały na koronkowy kołnierzyk. Mama smutno patrzyła w przestrzeń.
- Wszystko dobrze, mamo? – zapytał Jan.
- Nie. – głucho jęknęła mama. – Nic nie jest dobrze. Tak bardzo mi przykro ... To moja wina …
- Przepraszam, mamo! – Jan w spontanicznym geście objął mamę. – To nie tak! To ja! Bo chciałem być, jak Cętek! Chciałem, żeby mnie lubili! Ale nikt mnie nie lubi! A Cętek skłamał! Przepraszam, mamusiu! To nie twoja wina!
Mama głośno wytarła nos w chusteczkę.
- Więc rozumiesz, że to, co robiłeś krzywdziło wszystkich? Panią Antylopę Gnu, Pannę Fleming, Panią Dyrektor, nie wspominając już o twoich kolegach … - mama wzięła głębszy wdech. - … o tacie … i o mnie …
Jan w odpowiedzi smętnie kiwnął głową.
- To już się nie powtórzy! – zapewnił. – Nigdy! Nigdy! Nigdy!

niedziela, 4 września 2011

Siostra Jana.

I.

Tego wrześniowego ranka Janowi nie chciało się wstawać. Leżał bez ruchu i bez słowa obserwował taniec promieni wschodzącego słońca na ścianie.
Wspaniały!
Jan wyobrażał sobie, że to bitwy i batalie, napierające na siebie armie, stada goniących i uciekających zwierząt, zwycięzcy i przegrani. Jan dowodził tryumfatorami, bił się dzielnie i zagrzewał swoich towarzyszy do walki.
- Do przodu! – nawoływał Jan, na czele pułku cieni na ścianie. – Odwagi!
- Jan! – zawołała mama. – Janku, wstawaj! Śniadanie!
- Już idę … – cicho odpowiedział Jan.
- Śniadanie! – powtórzyła mama. – I niespodzianka!
Puzzle! – pomyślał Jan. Zestaw kościanych puzzli, zwierzęta Australii! Prezent, o którym marzył! Od wielu tygodni codziennie, a nawet kilka razy dziennie prosił mamę o zakup wielkiego, kolorowego pudła. Stało na środkowej półce regału w sklepie z zabawkami.
- Poczekajmy na jakąś okazję, – odpowiadała wtedy mama. – na urodziny albo na Gwiazdkę. To drogi prezent.
Jan, nadąsany, wydymał wargi.
- Ale ja chcę! Dzisiaj!
- Janku, - cierpliwie tłumaczyła mama. – to drogi prezent. Poczekaj na ważną okazję.
Nos Jana zaczynał drżeć. Później policzki. Jan wybuchał gwałtownym płaczem.
- Ale ja chcę! Teraz! Puzzle!
Mama wyprowadzała rozpaczającego Jana ze sklepu z zabawkami.
A dzisiaj się udało! Są tu! Nowe, piękne puzzle, zupełnie bez okazji. Jan radośnie wbiegł do kuchni.
- Dzień dobry, Janku. – uśmiechnęła się mama. – Jak spałeś?
- Gdzie są? – pospiesznie zapytał Jan.
- Kto? – mama czułym gestem odsunęła pasma włosów zasłaniające oczy Jana.
- Zwierzęta Australii!
- Kto? – powtórzyła zaskoczona mama i oparła się o blat szafki.
- No puzzle! Ze sklepu! Duże pudło! – pospiesznie tłumaczył Jan. – Ta niespodzianka!
- Kochanie, - roześmiała się mama. – to zupełnie inna sprawa.
Do kuchni wszedł tato, wielki płowy lew. Grzywa taty połyskiwała złotorudo, tata pachniał słońcem, świtem i sawanną.
- Zjadłeś śniadanie? Gotów na wyprawę? Wiesz już o niespodziance?
- Nie, tato. – burknął Jan i zabrał się do porannej porcji płatków.
Kiedy zjadł, tata uchwycił go wpół i posadził sobie na kolanach.
- Chcieliśmy ci z mamą powiedzieć o pewnej ważnej sprawie …
Mama serdecznie ujęła przednią łapę Jana.
- Nasza rodzina już niedługo się powiększy. – rzekła. – Byliśmy wczoraj w szpitalu u Pana Geparda. Wkrótce będziesz miał siostrę.
Jan poczuł, że ciemnieje mu przed oczami.
- Jak to? – wyszeptał.
- Doktor Gepard potwierdził to, co przypuszczaliśmy. Niedługo w naszej rodzinie przyjdzie na świat mała lwinka. Twoja siostra. Niespodzianka.
Mama uśmiechnęła się promiennie.
- Ooo nieee! – jęknął Jan i zrezygnowany zsunął się z kolan taty.
Ranek był już o wiele mniej ładny, jakby słońce nagle zaszło za gęstą chmurę i jakby zamiast tańca słonecznych promyków na ścianie lunął w kuchni rzęsisty deszcz. Ciepłe kakao smakowało kwaśno. Zrezygnowany Jan z niechęcią dokończył śniadanie i powlókł się za tatą nad strumień, obserwować stada guźców i zebr. Zwykle biegł na wyprawy z radością, cicho się skradał, rozważnie zaczajał za kępami trawy, tak jak uczył go tata a dzisiaj człapał ciężko, pociągał nosem i co chwila pytał:
- Kiedy wracamy?
- Ciii! – napominał go tata. – Nie hałasuj!
Lewek ze złością rozgarnął źdźbła kłującej trawy.
- Chcę puzzle a nie siostrę, tato! – krzyknął rozgniewany i skoczył wprost w płytką wodę.
Spłoszone stado flamingów zatrzepotało w panice skrzydłami.
- Wstydziłby się pan. – mruknęła stara marabucica Helena i oskarżycielsko kłapnęła spłowiałym dziobem w stronę taty Jana.
- Przepraszam. – wielki lew potrząsnął grzywą. – Janku, wracamy!


II.

W poniedziałek Jan poszedł do szkoły, smutny i małomówny, poszarzały na twarzy. Humoru nie poprawiły mu nawet lody z liści baobabu zjedzone w niedzielne popołudnie u babci. Zimne grudki deseru rozpływały się cierpko w ustach Jana, smutny zwierzak nie czuł słodyczy przysmaku. Dorośli głośno rozmawiali o diagnozie Doktora Geparda.
- Mała lwinka! Już wkrótce! To wspaniałe! Gratulacje!
Jan miał całkiem inne zdanie.

***

- I jak tam, stary? – hipopotam Q dźgnął Jana w bok, kiedy ten ciężko opadł na siedzisko swojej ławki.
- Porażka. – mruknął Jan. – Katastrofa, koniec świata. Źle! Źle! Źle!
Jan mówiąc uderzał łapą w blat.
- Co się stało? – Q spojrzał na Jana z przestrachem. – Surykatki jednak podkopały się pod waszą pieczarę?
- No co ty! – blado uśmiechnął się Jan. – Nie ośmieliłby się. Będę miał siostrę.
- Tyyy! – Q gwizdnął z podziwem. – Ale fajnie!
- Dzień dobry, dzieci! – Pani Antylopa Gnu dziarskim krokiem weszła do klasy. – Zaczynamy od rachunków. Otwórzcie książkę na stronie …
- Fajnie? – szepnął Jan. – Żartujesz, bracie.
- Chłopcy! – upomniała ich Pani Antylopa G. – Już, już! Cisza! Proszę o uwagę!

***

- Jan będzie miał siostrę! – donośnie krzyknął Q, kiedy pierwsza klasa po lekcji rachunków wybiegła na przerwę pod rozłożystą akację.
- Uuu … - jęknęły trzy małe mandryle, podobne do siebie jak kropla do kropli trojaczki. – Współczucie, chłopie! Fatalnie, fatalnie.
Któż lepiej niż oni wiedział, jak to jest dzielić się uwagą i mamy, i taty? I jak się spędza dzień po dniu w towarzystwie braci? Jan solidarnie uścisnął trzy mandryle łapy ale chyba nie zauważył, że rodzeństwo wymieniło między sobą porozumiewawcze uśmiechy i ukradkowe kuksańce.
- Siostrzyczkę? – pisnęła żyrafka Kiki. – Małą? Słodką? Kochaną? Różowy pokoik już macie? Pozytywkę, tiulik, falbanki? Atłasowe kokardy?
- Ró-żo-wy? – wysapał Jan. – Po-ko-ik-fal-ban-ki? Jak to różowy? – zapytał ze zgrozą.
- No a jaki? – prychnęła Kiki. – Chyba nie szary?
Pan Woźny Bawół uderzył w gong na koniec przerwy.
- Dzieci, – zawołał. – proszę wszystkich do klasy!
Na lekcji Zasad Przetrwania Jan zamiast słuchać Pani Antylopy Gnu i skrupulatnie spisywać notatki powtarzał po nosem „różowy-pokoik-falbanka”. Po zajęciach co sił w łapach pognał do domu. Wyobraźnia podsuwała mu przerażające obrazy. Jego pokój w lwiej pieczarze spowity w różowy tiulik, jego puzzle z kości zgniecione i rzucone w kąt, obok girlanda z pastelowych kokardek, jego legowisko z miękkich liści nakryte koronkową kapą. Cenne albumy o zwierzętach świata zmięte i poszarpane. Brr!
- Nie chcę jej tu! – warknął zamiast powitania.
- Co mówiłeś, synku? – tata-lew leniwie uniósł łeb. – Jak w szkole? Idź, przywitaj się z mamą, odpoczywa w sypialni.
Jan ze złością trzasnął drzwiami.
Przy obiedzie markotnie dłubał w stojącej przed nim porcji. Odmówił deseru i unikając wzroku rodziców przemknął do swojego pokoju, gdzie zwinął się w pełen rozpaczy kłębek na posłaniu.
Płakał.

***

- Kochanie … - mama siedziała na brzegu łóżka i głaskała go po twarzy.
Jan nie usłyszał, kiedy wchodziła, musiał chyba zasnąć. Teraz przecierał spłakane oczy.
- Kochanie, - mama nachyliła się nad lewkiem i objęła go mocno. - zawsze cię będę kochała tak samo.
- To nieprawda. – burknął Jan.
- Ależ prawda. – zapewniła mama. – Posłuchaj, - głos mamy był słodki i miękki, jak aksamit. – Zawsze będziesz moim synkiem, nowe dziecko nie zabierze ci mnie, zobaczysz. Chociaż pewnie na początku będę miała dla ciebie trochę mniej czasu ... Ale po kilku tygodniach wszystko wróci do normy ...
- A różowy tiul i kokardy? – zapytał, łkając, Jan. – W moim pokoju? I pozytywki? I paskudne szmaciane lalki?
- Synku, - twarz mamy stężała. - boisz się, że lwinka zabierze ci pokój?
Jan kiwnął głową. Cicho wydukał:
- Tak.
- Kochanie, więc nie widziałeś, że tata wykuwa nowe pomieszczenia w naszej lwiej skale? Nikt nie zamieszka w twoim pokoju, bez obawy.
Jan przysiadł na łóżku. Z zaskoczeniem spojrzał na mamę.
- A teraz już chodź na lody, – mama pociągnęła Jana za łapę. – są twoje ulubione, z liści baobabu!
Jan zauważył, że brzuch mamy się zaokrąglił. Mama ostrożnie stawiała kroki.
- Czy ona tam jest? – zapytał Jan, wskazując na wypukłość na brzuchu mamy.
- Tak. – odpowiedziała mama.


III.

- Twój brzuch! – jęknął Jan. – Mamo!
Mama stała w progu lwiej pieczary.
- Nie mam już go. – uśmiechnęła się szeroko. – A teraz daj się wyściskać, mój mały!
Jan podbiegł do mamy i długo się łasił.
- Kocham cię, mamo. – szepnął cicho. – Gdzie byłaś tak długo?
- W szpitalu.
Jan usłyszał cichy pisk dobiegający zza drzwi.
- To ona? – zapytał.
- Owszem. – potwierdziła mama.
W kołysce z wydrążonego pnia pochlipywało małe złote kocię.
- Janinka. - mama skinęła głową w kierunku piskliwego bagażu. – Poznaj swoją młodszą siostrę Janinkę, Janku.
Jan, nie wypuszczając swojej łapy z łapy mamy ostrożnie pochylił się nad dzieckiem.
- Fajna. – warknął. – trochę brzydka ale … fajna … nawet …
Mama pogładziła Jana po jedwabistych pasmach wokół twarzy.
- Mamy coś dla ciebie, - zza załomu skały wyszedł tata, niosąc pokaźne pudło owinięte w barwny papier. – prezent od siostry.
- Co to? – zdziwił się Jan.
- Sam zobacz – zaproponował tata. – Godny podarek dla starszego brata – tata roześmiał się tubalnie.
Jan w pośpiechu rozerwał szeleszczące opakowanie.
- Zwierzęta … - wydukał cicho. Z emocji zaschło mu w gardle. – Zwierzęta Australii … Puzzle z kości! Zwierzęta Australii!!!
Lewek podskoczył radośnie.
- Dziękuję, mamo! Tato! Dziękuję! To wspaniałe!


IV.

Janinka dużo płakała.
Płakała nad ranem, bo - jak tłumaczyła mama – bolał ją brzuszek albo śniły się jej koszmary. Jan otrząsał się na swoim posłaniu i mocno naciągał poduszkę na uszy, bo przez zamknięte drzwi dochodził go głos mamy monotonnie śpiewającej Janince kołysankę.
Płakała przy śniadaniu, bo było jej za zimno, albo za ciepło, albo za ciemno, albo za jasno. Kiedy Jan wracał ze szkoły płakała ze zmęczenia całym dniem, wieczorem łkała, bo nie chciała się kąpać w małej wannie. Życie wcale nie ułożyło się tak, jak obiecywała mama. Narodziny Janinki zmieniły wszystko na gorsze. Mama, ciągle zajęta pocieszaniem, usypianiem i kołysaniem córeczki prawie nie znajdywała czasu, żeby pobawić się z Janem. Tata przejął zakupy i przygotowywanie śniadań, obiadów i kolacji, ale że sam często snuł się po lwiej pieczarze niewyspany, więc na kanapkach brakowało masła a makaron bywał twardy i niedogotowany.
W łazience piętrzył się stos niewypranych ubrań.
Zmęczona, blada mama denerwowała się każdym drobiazgiem.
Któregoś deszczowego popołudnia Jan pobiegł na sawannę pobawić się z Q, hipopotamem. Kiedy przyjaciele już obrzucili się lepkim błotem i dokładnie w nim wytarzali, Jan przetarł łapą wilgotną twarz.
- Nienawidzę jej! – jęknął.
- Kogo? – Q wynurzył się ze szlamu.
- Mojej siostry! Zabrała mi mamę! Nienawidzę jej! – twarz Jana ściągał brzydki grymas. – Głupia mała!
- Eee, nie przesadzaj, stary. – Q z impetem szturchnął Jana w bark. – Mała urośnie i znowu będzie, jak dawniej.
- Wcale nie. – burknął Jan. – Nic nie będzie, jak dawniej. Nie znoszę jej. – Jan tupnął ze złością, aż błoto rozbryznęło się szerokim wachlarzem. – Hej, dalej, do tamtej akacji i z powrotem? – szybko zmienił temat. – Biegiem, tyłem i na czas. Kto pierwszy?
Q wyskoczył z błota, jak katapultowany.
Chłopcy uwielbiali zawody a jeszcze bardziej – wygrywanie.
Tym razem wygrał Jan.
- WYGRAŁEM!!! – mały lewek wbiegł do pieczary w podskokach. – Tam-tara-tam-tam! Wygrałem!!!
- A kto tu tak nabłocił? – głos mamy zabrzmiał ostro i nieprzyjaźnie. – Jan! – mama wbiła oskarżycielski palec w pierś Jana. – Natychmiast to zmyj! I wycieraj łapy, kiedy wracasz z sawanny!
- A właśnie, że nie! – niegrzecznie odburknął jej Jan. – Nienawidzę cię! A tej małej jeszcze bardziej!
Tupnął ubrudzoną łapą i z całej siły popchnął kołyskę, w której spała Janinka. Kołyska się zachwiała, przez chwilę posłanie kiwało się mocno lewa-prawa-lewa-prawa, wreszcie straciło równowagę i lwinka wypadła na twarde płyty posadzki. Powietrze przeszył ogłuszający krzyk dziecka i jęk przerażonej lwiej mamy. Jan wybiegł na zewnątrz. Biegł przed siebie, biegł, biegł, byle dalej od wszystkich młodszych sióstr świata, byle dalej od mam, które nas nie kochają.
Płakał.
Łzy mieszały się z błotem i deszczem.
Był najnieszczęśliwszym lewkiem świata.
Trrrach!
Coś chrupnęło, trzasnęło i przenikliwie zabolało. Dwie przednie łapy Jana tkwiły unieruchomione w pułapce z ostrych krzaków. Jan próbował szarpnąć, ale gwałtowny ruch wzmagał ból. Kolce wbiły się głęboko w skórę i nie puszczały.
- Na pomoc! – wrzasnął. – Naaa-pooo-moooc!
Odpowiedziała mu cisza wieczornej sawanny.
- Na pomoc! – powtórzył skargę.
Na próżno.
Na pomoc! Na pomoc! Na pomoc! Nikt nie słyszał krzyków małego lwa, bo ta część trawiastego pustkowia była niezamieszkała.
- Na pomoc! – nawoływał Jan.
Wreszcie głodny, zachrypły, przerażony i obolały zasnął. Śniła mu się mama, miła jak dawniej, wspólne wyprawy z tatą, śniły mu się radosne zabawy z Q, śniło mu się, że wraca do domu i je z rodzicami lody z liści baobabu, siedzą w trójkę na płaskim kamieniu przed lwią pieczarą, mama łagodnie gładzi go po twarzy …
- Mamo … - szepnął Jan i uniósł łapę, żeby uchwycić dłoń mamy.
Trafił na … miękki, ciepły język. Język nie był ze snu, lizał Jana po twarzy. Jan otworzył oczy.
- Janinka!
Mała lwinka radośnie omiatała językiem twarz brata.
- Skąd … ty … tu?
Janinka pisnęła.
- Janek zginąć! Janinka szukać! Znaleźć! Janinka iść tata!
- Tak! – żarliwie zawtórował jej Jan. – Idź po tatę! Znasz drogę?
- Janinka zna! – pisnęła lwinka i pognała przed siebie.
Małe lwy szybko opanowują umiejętność przemierzania sawanny.
Już po kilku chwilach rodzice Jana wyswobadzali go z zasadzki kolczastych krzaków.
- Jesteś! – cieszyła się mama. – Umierałam z rozpaczy! Bałam się, że możemy cię stracić! Napędziłeś nam strachu!
Jan przywarł całym ciałem do boku mamy. Tata przycisnął ich do siebie miękką łapą. Uradowana Janinka tańczyła wokół tej trójki dziki taniec.
- Młodsze siostry - cicho szepnął Jan. – czasami się do czegoś przydają …
Wszyscy wybuchnęli oczyszczającym śmiechem.
- Dzięki, mała! – Jan serdecznie objął Janinkę.
Lwinka wskoczyła na pokaźny kamień.
- Janinka nie mała, Janinka duzia! – pisnęła. - Janinka znaleźć Jana!
W podskokach wracali do lwiej pieczary.
- Pobawimy się, chcesz, – zaproponował siostrze Jan. – w układanie kościanych puzzli? Które wolisz: zwierzęta Europy, Azji czy Australii?
- Tak! Janinka tak! Janinka puzzle! Janinka i Jan!
- Uratowałaś mi życie. – poważnie powiedział Jan, kiedy wreszcie zostali sami w pokoju Jana. – Kocham cię, mała.

sobota, 3 września 2011

2.011



Erna brawurowo wsunęła drobne ramiona w sztywne pętle pasków tornistra.
Ziuuu … zachwiała się pod ciężarem, zatrzepotała rękami. Wieczór wcześniej skrzętnie wypełniłyśmy szkolny ekwipunek rocznym zapasem zeszytów, kredek, bloków i farbek.
- Poniosę! – rzuciłam, zamykając bagażnik.
Erna wzruszyła ramionami [albo poprawiła bagaż - paski tornistra zsuwały się jej wzdłuż barków] i dziarsko ruszyła do wejścia do szkoły. Nowy Człowiek nonszalancko poczłapał za nią.
Mowa ciała nielata [witaj, druga klaso] komunikowała „oj tam, oj tam”, z żarliwej sylwetki debiutantki bił płomienny zapał.

Manewrując dwiema torbami pełnymi szkolnych książek w dwóch różnych rozmiarach strzelałam z biodra niepozowane foty z rodzaju pierwszy krok w pierwszym dniu przez szkolne wrota, fenomenalna pamiątka za dwadzieścia parę lat, o ile za dwie dekady ktoś będzie umiał odczytać dzisiejszy format.
I o ile będzie dysponował adekwatnymi narzędziami.
- Ale już przestań, mama – burknął Nowy Człowiek, czmychając z kadru. – z tymi zdjęciami!
Ma rosnące poczucie obciachu.
Więc podłubałam w obiektywie, wyłączyłam zasilanie, ciżba pacholąt wchłonęła dużego nielata, Erna energicznie parła przed siebie – aż tu nagle! ---
Ziuuu! – kilkoro adeptów nauczania o wzroście poniżej metr trzydzieści zakłębiło się w wąskich drzwiach, Erna straciła panowanie nad plecakiem i napierający tłum ją obrócił wokół własnej osi zanim zdołałam uchwycić pałąk bagażu.
Erna podniosła na mnie na poły zaskoczony, na poły przerażony wzrok.
Mamo!
Szybko wydłubałam ją z przejścia [w drugiej ręce - dwie potężne siaty z książkami]
i asekurowałam do drzwi klasy.
A oto i różnica między przedszkolem a.



[Tutaj specjalne pozdrowienia dla reformy edukacji. Ubiegłam ją bocznym przejściem, Erna przerobi program pierwszej klasy przez dwa lata, mamy już opanowany ten modus operandi, wygląda mi na idealny. Niestety, Silny może nie mieć tyle szczęścia, ile siostra i brat. Tym bardziej więc trzymam kciuki za fiasko operacji „sześciolatki do pierwszej klasy”].




Poza tym - pierwszy dzień nauki był pełen fascynujących doświadczeń [mama, a wiesz, że ja jestem najmniejsza w klasie? – wiem. – mama, a wybjałam sobie zieloną szafkę, taką, jak twoje oczy! – ale fajnie! – mama, a ja powiedziałam chłopakom, że Barbie są głupie i że wolę bakugany!].
- Bakugany wychodzą z mody. – bąknął Nowy Człowiek
- Mama, a …
[Pamiętaj, nie mów do pani ciociu, - pouczał Ernę jeszcze w samochodzie Nowy Człowiek. – pamiętaj, podnoś rękę, kiedy o coś pytasz, to nie przedszkole! Tylko na narób sobie obciachu i nie powiedz do pani ciociu, pamiętaj podnieś rękę
Erna jęknęła zatrwożona, że w życiu tego nie ogarnie.]




Kiedy po południu odbierałam nadal przejętą Ernę [dlaczego nie było cię tak długo, mamo?] i Nowego Człowieka rozentuzjazmowanego spotkaniem z kolegami, ten łypnął poważnym wzrokiem na wychowawczynię siostry.
- A jak ona się zachowywała na lekcjach? – zapytał a mentorski smrodek rozszedł się szeroką falą.
- Bardzo dobrze. – odpowiedziała pani.
Erna urosła o centymetr albo dwa od tej pochwały.



***


Na inauguracji Erna była jedynym dzieckiem w szkole [podobnie jak Nowy Człowiek dwa pierwsze wrześnie temu] obdarowanym rogiem obfitości, zwanym u nas roboczo marchwią.